— Oskar!... — wykrzyknęła pani Moreau. — Jesteś ukarany, mój drogi, tym, czym grzeszyłeś. Warto było żywić tego węża na łonie?... Ile razy ci mówiłam...
— Dosyć! — rzekł Moreau zmienionym głosem.
W tej chwili Estella i jej mąż ujrzeli zaszytego w kąt Oskara. Moreau rzucił się na nieszczęsne dziecko jak sęp na swą ofiarę, chwycił go za kołnierz oliwkowej surduciny i przyciągnął go do okna.
— Mów! Coś ty powiedział jego ekscelencji w powozie? Co za bies rozplątał ci język, tobie, który stoisz zawsze jak tuman, ile razy pytam cię o co? Co tobie wpadło?... — mówił rządca z niesłychaną gwałtownością.
Zbyt osłupiały, aby płakać, Oskar milczał nieruchomy jak posąg.
— Chodź błagać o przebaczenie jego ekscelencji! — rzekł Moreau.
— Czyż ekscelencja dba o takie ścierwo! — krzyknęła Estella wściekła.
— Dalej, chodź do zamku! — powtórzył Moreau.
Oskar osunął się jak bezwładna masa i padł na ziemię.
— Pójdziesz zaraz! — rzekł Moreau, którego gniew rósł z chwili na chwilę.