— Boję się, że Poiret już był — rzekł Clapart do żony.
— Ależ, mój drogi, odźwierna byłaby nam powiedziała — odparła pani Clapart.
— Mogła zapomnieć!
— Czemuż miałaby właśnie zapomnieć?
— Nie pierwszy to raz zapomniałaby czegoś, co się nas tyczy. Bóg wie, jak się traktuje ludzi, którzy nie mają powozu.
— Przynajmniej — rzekła biedna kobieta, aby zmienić bieg rozmowy i uniknąć wyrzekań Claparta — Oskar jest teraz w Presles; będzie mu dobrze w tej pięknej siedzibie, w tym ślicznym parku....
— Tak, spodziewaj się po nim ładnych rzeczy — odparł Clapart — narobi jakiegoś bigosu.
— Czy nigdy nie przestaniesz uprzedzać się do tego biednego dziecka? Co on ci zrobił? Mój Boże, jeżeli kiedy będziemy mieli dostatek, może dzięki niemu, bo on ma dobre serce...
— Kiedy ten chłopak dojdzie do czegoś, od dawna już nasze kości będą próchniały w ziemi. Musiałby się bardzo zmienić! Ale ty nie znasz swego dziecka; jest samochwał, kłamca, leniwy, tępy...
— Może byś wyszedł naprzeciw pana Poiret — rzekła biedna matka zraniona w samo serce tą apostrofą, którą sama wywołała.