— Och! Boże, co się stało? — rzekła biedna matka, trzęsąc się jak liść osiki.
Wszedł Brochon w towarzystwie Oskara i Poireta.
— Mój Boże, co mu się stało! — powtarzała matka, zwracając się do stajennego.
— Nie wiem, proszę pani, ale pan Moreau nie jest już rzondcą w Presles, powiedają, że to syn panin jest tego przyczyną, i jego wysokość kazał go państwu odesłać. Zresztą oto list od biednego pana Moreau, który jest zmieniony, proszę pani, że strach patrzeć...
— Clapart, dwie szklanki wina dla pocztyliona i dla tego człowieka — rzekła matka, która osunęła się na fotel, aby przeczytać nieszczęsny list. — Oskarze — rzekła, wlokąc się do łóżka — więc ty chcesz zabić matkę... Po wszystkim, co ci mówiłam dziś rano!...
Pani Clapart nie dokończyła, omdlała z boleści.
Oskar stał osłupiały. Pani Clapart przyszła do siebie, słysząc, jak mąż mówi do Oskara, trzęsąc go za ramię:
— Będziesz odpowiadał?
— Idź się połóż do łóżka — rzekła do syna — a ty zostaw go w spokoju, nie doprowadzaj go do szaleństwa, bo zmieniony jest tak, że się można przerazić.
Oskar nie słyszał ostatnich słów matki, poszedł się położyć, skoro tylko otrzymał rozkaz.