— Oddał nam tę usługę, że nam uświadomił wartość tych dwóch malowideł — rzekł ksiądz, spoglądając na obrazy — będą piękną ozdobą kaplicy Najśw. Panny. (Wsunęłaś mi szpileczkę, masz oto dwie; skwitowaliśmy się99, moja pani.)
— Gdyby je ojciec zamierzał darować katedrze, prosiłabym, aby mi wolno było ofiarować ramy godne miejsca i dzieła. (Rada bym wydobyć z ciebie wyznanie, że chciałeś zagarnąć meble księdza Birotteau — myślała.)
— Nie należą do mnie — rzekł ksiądz wciąż mając się na baczności.
— Oto — rzekła pani de Listomere — akt, który przecina wszelką dyskusję i oddaje je pannie Gamard. — Położyła zrzeczenie na stole. — (Widzisz, księże — myślała — jakie ja mam do ciebie zaufanie.) Godnym jest ciebie, ojcze — dodała — godnym twego pięknego charakteru, pojednać dwoje chrześcijan. Mimo że obecnie mało interesuję się księdzem Birotteau...
— Mieszka u pani — przerwał ksiądz Troubert.
— Już nie mieszka. (Parostwo mego szwagra i awans bratanka kosztują mnie wiele nikczemności.)
Ksiądz siedział bez ruchu, ale jego spokój zdradzał najgwałtowniejsze wzruszenia. Jeden pan de Bourbonne odgadł tajemnicę tego pozornego spokoju. Ksiądz tryumfował!
— Czemu tedy podjęła się pani doręczyć jego zrzeczenie? — spytał, party tym samym uczuciem, które każe kobiecie kazać sobie powtarzać komplementy.
— Nie mogłam się obronić odruchowi współczucia. Ksiądz Birotteau, którego słaby charakter musi być ojcu znany, błagał mnie, abym poszła do panny Gamard, i uzyskała, za cenę jego rezygnacji...
Ksiądz zmarszczył brwi.