— Tak, ale chciałam być zupełnie pewna; niech mi pan bowiem wierzy, iż, stawiając mnie tak wysoko, nie omylił się.

Kobiety umieją dawać swym słowom osobliwą uroczystość; udzielają im jakiejś wibracji, która rozszerza znaczenie myśli i użycza im głębi; jeżeli później oczarowany słuchacz nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówiły, cel jest w zupełności osiągnięty, co jest właściwością wymowy. Gdyby księżna nosiła diadem Francji, czoło jej nie byłoby bardziej majestatyczne niż w tej chwili pod pięknym diademem upiętych wysoko i strojnych białym kwieciem włosów. Ta kobieta zdawała się kroczyć po falach potwarzy jak Zbawiciel po nurtach jeziora, owinięta w całun tej miłości niby anioł w swoje nimby. Nie było w tym nic, co by trąciło intencją ani też chęcią stworzenia sobie piedestału: było to spokojne i proste. Żywy człowiek nie mógłby nigdy oddać księżnej usług, jakie wyciskała z tego nieboszczyka. D’Arthez, samotny pracownik, któremu praktyki świata były obce i którego Myśl otoczyła opiekuńczymi zasłonami, dał się omamić akcentowi i słowom księżnej. Był pod urokiem wytwornego objęcia, podziwiał tę doskonałą piękność, dojrzałą przez nieszczęście, wypoczętą w zaciszu; zachwycało go to tak rzadkie połączenie subtelnego umysłu i pięknej duszy. Słowem, zamarzył o spadku po Michale Chrestien. Początkiem tej namiętności była, jak u większości głębokich pracowników, myśl. Widząc księżnę, studiując kształt jej głowy, tak słodką harmonię rysów, kibić, stopy, delikatnie wyrzeźbione ręce, oglądając to wszystko bardziej z bliska niż wówczas, kiedy towarzyszył przyjacielowi w szalonych pościgach, zauważył zdumiewający fenomen drugiego wzroku moralnego, jaki człowiek podniecony miłością znajduje w samym sobie. Z jakąż jasnością Michał Chrestien czytał w tym sercu, w tej duszy, rozświeconej ogniami miłości! I ona również odgadła tę duszę! Bez wątpienia Michał byłby szczęśliwy. Toteż księżna zyskała w oczach d’Artheza wielki urok, aureolę poezji. Podczas obiadu pisarz przypomniał sobie rozpaczliwe zwierzenia fedaralisty, jego nadzieje, kiedy sądził, iż jest kochanym; piękne poematy, jakie dyktuje prawdziwe uczucie... Nie wiedząc o tym, Daniel miał skorzystać z tych przygotowań, będących dziełem przypadku. Rzadkim jest, aby mężczyzna przeszedł bez wyrzutów od roli powiernika do roli rywala, d’Arthez zaś mógł to uczynić bez zbrodni. W jednej chwili ujrzał olbrzymie różnice pomiędzy kobietą z towarzystwa, tym kwiatem wielkiego świata, a kobietą pospolitą, którą znał wszelako tylko z jednej próbki; uczuł się tedy sięgnięty w najbardziej dostępnych, najtkliwszych strunach duszy i umysłu. Popychany naiwną gwałtownością swych pragnień ku tej kobiecie uczuł równocześnie bariery, jakie świat, formy i, powiedzmy, majestat księżnej stawiał między nimi dwojgiem. Toteż dla człowieka przywykłego nie szanować tej, którą kochał, było w tym coś osobliwie drażniącego; była ponęta tym bardziej potężna, ile że zmuszony był połykać ją i dławić w sobie potajemnie. Rozmowa, która wytrwała przy Michale Chrestien aż do deseru, była zarówno dla Daniela, jak dla księżnej cudownym pozorem, aby mówić po cichu: miłość, sympatia, harmonia dusz; dla niej, aby się pozować na kobietę zapoznaną, spotwarzoną; dla niego, aby wleźć obiema nogami w pantofle zmarłego. Być może ten naiwny człowiek pochwycił się na tym, iż w tej chwili mniej żałował przyjaciela! W chwili gdy cuda deseru zabłysły na stole, przy blasku kandelabrów, pod osłoną bukietów naturalnego kwiecia, które rozdzielały biesiadników świetnym żywopłotem, bogato ubarwionym owocami i cukrami, księżna uznała za właściwe zakończyć ten ciąg zwierzeń uroczym słówkiem przy akompaniamencie bardziej jeszcze uroczego spojrzenia, wyrażając subtelnie tę myśl, iż Daniel i Michał były to dwie bratnie dusze. D’Arthez rzucił się w wir ogólnej rozmowy, wnosząc w nią radość dziecka i godne uczniaka zadowolenie z siebie. Księżna przyjęła z zupełną prostotą ramię pisarza, aby przejść do buduaru. Mijając salon, szła wolno; kiedy się zaś znalazła w pewnym oddalaniu od margrabiny, którą prowadził Blondet, zatrzymała d’Artheza.

— Nie chcę być niedostępną dla przyjaciela tego nieszczęśliwego — rzekła — mimo że wzięłam sobie jako zasadę nie przyjmować nikogo, pan jeden na świecie będziesz miał wstęp do mego domu. Niech pan tego nie uważa za łaskę. Łaska może istnieć jedynie dla obcych, a ja mam wrażenie, że jesteśmy starymi przyjaciółmi: chcę widzieć w panu brata Michała.

D’Arthez mógł jedynie przycisnąć ramię księżnej, nie znalazł odpowiedzi. Skoro podano kawę, Diana de Cadignan zawinęła się zalotnym ruchem w szal i powstała. Blondet i Rastignac byli zbyt wytrawnymi politykami i światowcami, aby podnieść jakikolwiek mieszczański wykrzyknik i chcieć zatrzymywać księżnę; ale pani d’Espard posadziła z powrotem przyjaciółkę, biorąc ją za rękę i szepcąc do ucha: „Zaczekaj aż ludzie zjedzą obiad, powóz jeszcze nie gotów”. I dała znak pokojowcowi, który odnosił tacę. Pani de Montcornet odgadła, że księżna i pani d’Espard mają sobie coś do powiedzenia i pociągnęła d’Artheza, Rastignaka i Blondeta, zabawiając ich fajerwerkiem paradoksalnej wymowy, w której paryżanki tak celują.

— I cóż! — Rzekła margrabina do Diany — jak ci się wydaje?

— Ależ to przemiłe dziecko, prosto z powijaków. Doprawdy, i tym razem będzie jak zawsze, tryumf bez walki.

— To rozpaczliwe — rzekła pani d’Espard — ale jest rada.

— Jak to?

— Pozwól mi zostać swą rywalką.

— Jak chcesz — odparła księżna — ja już jestem zdecydowana. Geniusz to sprawa mózgu: nie wiem, jak na tym wychodzi serce, pomówimy o tym później.