Słysząc te ostatnie słowa niepodobne do odcyfrowania, pani d’Espard przeszła do ogólnej rozmowy i nie zdawała się ani zraniona tym jak chcesz, ani ciekawa dowiedzieć się, do czego to spotkanie doprowadzi. Księżna przetrwała jaką godzinę na kozetce koło ognia, w owej niedbałej i pełnej zadumy postawie, jaką Guerin dał swojej Dydonie. Słuchała z uwagą; od czasu do czasu spoglądała na Daniela, nie ukrywając podziwu, ujętego zresztą w dyskretne karby. Wysunęła się, skoro powóz zajechał, wymieniwszy uścisk z margrabiną i skinienie głowy z panią de Montcornet.

Do końca wieczoru nie było mowy o księżnej. Skorzystano z niezwykłego podniecenia d’Artheza, który rozwinął skarby swego umysłu. Niewątpliwie miał w Rastignaku i Blondecie partnerów pierwszorzędnej siły, i jako subtelność dowcipu, i jako rozciągłość inteligencji. Co do kobiet, obie te panie liczą się od dawna między najświetniejsze zjawiska „towarzystwa”. Było to więc niby wytchnienie w oazie, szczęście rzadkie i wysoko cenione przez te osoby, zwyczajnie wydane na pastwę krępującego wzroku świata, salonów i polityki. Istnieją jednostki, mające ten przywilej, iż są między ludźmi niby dobroczynne gwiazdy, których blask oświeca umysły, promienie ogrzewają serca. D’Arthez był jedną z tych pięknych dusz. Pisarz, który wzbije się do tej wyżyny, przyzwyczaja się wszystko ogarniać myślą i zapomina niekiedy, że nie wszystko trzeba mówić; niepodobieństwem mu jest zachować powściągliwość ludzi, którzy żyją w świecie ustawicznie; ale, ponieważ wybryki jego zawsze naznaczone są piętnem oryginalności, nikt na nie nie wyrzeka. Ta zaprawa tak rzadka u ludzi talentu, ta pełna prostoty młodość, która czyni d’Artheza tak szlachetnie oryginalnym, sprawiły, iż wieczór spłynął jak rozkoszna chwila. Daniel wyszedł z baronem de Rastignac, który, odprowadzając go do domu, zaczął oczywiście mówić o księżnej, pytając, jak mu się wydała.

— Michał miał słuszność, że ją kochał — odparł d’Arthez — to niezwykła kobieta.

— Bardzo niezwykła — odparł drwiąco Rastignac. — Po twoim akcencie widzę, że już ją kochasz; złożysz jej wizytę, nim trzy dni upłyną, a jestem nadto starym paryskim wyjadaczem, aby nie wiedzieć, co z tego wyniknie. Otóż, drogi Danielu, błagam, wystrzegaj się najmniejszego splątania interesów. Kochaj księżnę, jeśli ci serce dyktuje, ale myśl o swoim mieniu. Nigdy nie wzięła ani nie żądała dwóch groszy od nikogo w świecie, zanadto jest na to d’Uxelles i Cadignan; ale, wedle tego, co wiem, poza własnym majątkiem, który był bardzo znaczny, pękło przez nią kilka milionów. Jak? Dlaczego? Jakim cudem? Nikt nie wie, ona sama nie wie. Widziałem ją, jak trzynaście lat temu połknęła w półtora roku fortunę przemiłego chłopca oraz starego rejenta.

— Trzynaście lat temu! — Rzekł d’Arthez — ileż tedy ona ma lat?

— Nie widziałeś — odparł, śmiejąc się Rastignac — przy stole jej syna, Jerzego de Maufrigneuse, dziewiętnastoletniego młodzieńca? Otóż, dziewiętnaście a siedemnaście czynią...

— Trzydzieści sześć — wykrzyknął pisarz zdumiony — ja jej dawałem dwadzieścia lat.

— Przyjmie je — odparł Rastignac — zresztą, bądź bez obawy; zawsze będzie miała dwadzieścia lat dla ciebie. Wejdziesz w świat, co się zowie fantastyczny. Dobranoc, jesteś u siebie — rzekł baron, widząc, iż powóz wjeżdża w ulicę de Bellefond, gdzie mieszkał d’Arthez w ładnym domku będącym jego własnością — zobaczymy się w tym tygodniu u panny des Touches.

D’Arthez pozwolił miłości wniknąć w serce bez najmniejszego oporu, brnął w adoracji bez krytyki, w absolutnym podziwie. Księżna, ta piękna istota, jedna z najniezwyklejszych kreacji potwornego Paryża, gdzie wszystko tak w dobrym, jak w złym jest możebne, stała się — mimo iż słowo to straszliwie spospolitowano w naszych smutnych czasach — marzonym aniołem. Aby dobrze zrozumieć nagłe przeobrażenie znakomitego autora, trzeba by wiedzieć, ile niewinności zostawia w sercu samotność i ustawiczna praca, ile pragnień i fantazji rozwija miłość sprowadzona do prymitywnej potrzeby i która — dzięki lichocie swego przedmiotu — stała się ciężarem; ile budzi żalów i rodzi boskich uczuć w najwyższych regionach duszy. D’Arthez był w istocie dzieckiem, studentem, jak to księżna natychmiast odgadła instynktem. Prawie takież samo olśnienie spełniło się w pięknej Dianie. Spotkała tedy wreszcie owego niepospolitego człowieka, którego wszystkie kobiety pragną, choćby tylko po to, aby z nim igrać; tę potęgę, której godzą się poddać, choćby tylko po to, aby mieć przyjemność ujarzmienia jej; znalazła wreszcie blask inteligencji złączony z naiwnością serca, ze świeżością uczucia; a wreszcie, niesłychanym szczęściem, wszystkie te bogactwa kryły się w formie, która była Dianie sympatyczna. D’Arthez wydał się jej piękny; może był nim w istocie. Mimo iż doszedł do pełni lat męskich, trzydziestu ośmiu lat, zachował, dzięki wstrzemięźliwemu i skromnemu życiu, puszek młodości; zarazem, jak wszyscy ludzie pracujący przy biurku, jak mężowie stanu, osiągnął przyzwoitą tuszę. Za młodu przedstawiał pewne podobieństwo z Bonapartem, gdy był generałem. Podobieństwo to trwało jeszcze o tyle, o ile człowiek z czarnymi oczami, gęstym i ciemnym włosem może być podobny do tego monarchy o niebieskich oczach i włosach kasztanowatych: ale błysk żarliwej i szlachetnej ambicji palący się niegdyś w oczach d’Artheza złagodniał poniekąd pod wpływem powodzeń. Myśli, którymi czoło jego było brzemienne, rozkwitły, zapadłe linie twarzy wypełniły się. Dobrobyt rozlewał złotawe odcienie tam, gdzie w młodości nędza znaczyła się żółtymi tonami temperamentu, napinającego siły, aby podtrzymać miażdżące i ustawiczne walki. Jeżeli przyjrzycie się bacznie postaciom starożytnych filozofów, ujrzycie, iż zboczenia od doskonałego typu twarzy ludzkiej, jakim każda fizjognomia zawdzięcza swoją oryginalność, łagodzą się u nich nawykiem medytacji, spokojem nieodzownym dla pracy ducha. Najbardziej nieregularne, wymęczone twarze, jak np. Sokratesa, nabierają z upływem czasu niemal boskiej pogody. Ze szlachetną prostotą, jaka zdobiła jego imperatorską głowę, d’Arthez łączył wyraz naiwności, naturalność dziecka i wzruszającą dobrotliwość. Nie miał owej zawsze nasiąkłej fałszem grzeczności, jaką najlepiej wychowane i najmilsze osoby podrabiają zbywające im często przymioty, zostawiając ranę w sercu tych, których zdołają oszukać. Mógł chybić pewnym prawidłom świata wskutek nawyku do samotności; ale nie raziło to nikogo. Ten pieprzyk dzikości dodawał jeszcze wdzięku wylaniu właściwemu ludziom niepospolitym, którzy umieją zostawić swą wyższość w domu, aby się znaleźć na poziomie otoczenia i, na sposób Henryka IV, użyczać swego grzbietu dzieciom a inteligencji głupcom.

Wracając do domu, księżna tak samo nie dysputowała z sobą, jak d’Arthez nie bronił się urokowi, który ona nań rzuciła. Wszystko spełniło się w niej i dla niej: kochała swoją wiedzą i swoją nieświadomością. Jeżeli pytała samą siebie, to tylko o to, czy zasługuje na tak wielkie szczęście i co mogła uczynić niebu, iż jej zsyła podobnego anioła. Chciała być godną tej miłości, utrwalić ją, przyswoić ją sobie na zawsze i zakończyć słodko życie ładnej kobiety w raju, który widziała przed sobą. O oporze, o tym, aby się drożyć, kokietować, nawet nie myślała. Myślała o bardzo czymś innym! Zrozumiała wyższość genialnych ludzi, odgadła, iż nie poddają wybranej kobiety zwyczajnym prawom. Toteż w błyskawicznym rzucie oka, właściwym tym wielkim umysłom kobiecym, przyrzekła sobie ulec za pierwszym pragnieniem. Wedle pojęć, jakie stworzyła sobie, od pierwszego widzenia, o charakterze d’Artheza, odgadywała, iż to pragnienie nie wypowie się tak wcześnie i że będzie miała czas uczynić się tym, czym chciała, czym powinna być w oczach szczytnego kochanka.