Księżna d’Uxelles miała czterdzieści pięć lat, kiedy wydała córkę za p. de Maufrigneuse; patrzała tedy od dawna bez zazdrości, a nawet z zainteresowaniem na powodzenia dawnego kochanka. W małżeństwie córki postępowanie jej odznaczało się wielką szlachetnością, ratującą niemoralność tej kombinacji. Mimo to złośliwość dworskiego towarzystwa znalazła materiał do drwin i twierdziła, iż to piękne postępowanie niewiele kosztowało księżnę, mimo iż, blisko od pięciu lat, poświęciła się dewocji i skrusze kobiety wiele mającej do odpokutowania.
Przez szereg dni Diana coraz więcej olśniewała Daniela znajomością literatury. Poruszała z nadzwyczajną swobodą najtrudniejsze kwestie, dzięki lekturom dziennym i nocnym prowadzonym z wytrwałością godną najwyższej pochwały. D’Arthez zdumiony i niezdolny przypuścić, iż Diana powtarza wieczór to, co wyczytała rano, jak czyni wielu pisarzy, uważał ją za niepospolity umysł. Rozmowy te oddalały Dianę od celu; próbowała wrócić na teren zwierzeń, z których wielbiciel jej ostrożnie się wycofał; ale nie łatwo było obłaskawić człowieka tej miary, skoro się go raz spłoszyło. Mimo to po miesiącu kampanii literackich i rozpraw platońskich d’Arthez ośmielił się i zaczął przychodzić codziennie o trzeciej. Wychodził o szóstej i zjawiał się z regularnością wytęsknionego kochanka o dziewiątej wieczór, aby zostać do dwunastej lub pierwszej. Kiedy d’Arthez się zjawiał, księżna była już ubrana, mniej lub więcej wyszukanie. Ta wzajemna wierność, ta dbałość o siebie, wszystko wyrażało uczucia, których nie śmieli sobie wyznać: księżna bowiem zgadywała doskonale, że to wielkie dziecko lęka się rozprawy w tym samym stopniu, w jakim ona jej pragnie. Mimo to szacunek, jaki d’Arthez wkładał w swoje ustawiczne nieme oświadczyny, podobał się księżnej. Oboje czuli się z każdym dniem mocniej spojeni, tym milej, iż nic umówionego ani określonego nie narzucało kierunku ich myślom: podczas gdy między kochankami zawsze występują z jednej strony formalne żądania, z drugiej szczera lub udana obrona. Podobnie jak wszyscy ludzie młodsi niż ich wiek, d’Arthez był pastwą tych wzruszających niezdecydowań, spowodowanych potęgą pragnień, a obawą niepowodzenia. Jest to położenie, z którego młoda kobieta nie zdaje sobie sprawy wówczas, kiedy je dzieli; ale księżna stwarzała je świadomie nazbyt często, aby nie miała smakować wszystkich jego przyjemności. Toteż Diana syciła się tymi rozkosznymi dzieciństwami z tym większym urokiem, iż mogła w każdej chwila położyć im koniec. Podobna była do wielkiego artysty, który lubuje się w mglistych liniach szkicu, pewny, iż w godzinie natchnienia dokończy arcydzieła jeszcze bujającego w otchłani poczynań. Ile razy, widząc d’Artheza gotowego się zbliżyć, czyniła sobie uciechę z tego, aby go powstrzymać surowym spojrzeniem! Tłumiła tajemne burze tego młodego serca, wzniecała je, uśmierzała spojrzeniem, ręką podaną do pocałowania lub nieznaczącymi słowy wyrzeczonymi wzruszonym i tkliwym głosem. Ten system, obmyślony na zimno, ale bosko odegrany, wyciskał jej obraz coraz głębiej w duszy niepospolitego pisarza. Z przyjemnością doprowadzała go do tego, iż stawał się przy niej dzieckiem, prostym, ufnym, prawie głupim; ale miewała również chwile refleksji i wówczas niepodobna jej było nie podziwiać tyle wielkości połączonej z taką naiwnością. Ta gra kokietki w wielkim stylu przywiązywała nieznacznie ją samą do jej niewolnika. Wreszcie zniecierpliwił ją ten rozkochany Epiktet, i, kiedy uznała, iż przygotowała go do zupełnej łatwowierności, umyśliła zawiązać mu na oczy najgęstszą przepaskę.
Jednego dnia Daniel zastał Dianę zamyśloną, z łokciem opartym na małym stoliczku, z piękną blond główką skąpaną w świetle lampy; bawiła się listem, podrzucając go po serwecie. Skoro d’Arthez spostrzegł papier, zwinęła go i wsunęła za pasek.
— Co pani? — rzekł d’Arthez — wydaje mi się pani podrażniona?
— Otrzymałam list od p. de Cadignan — odparła. — Mimo iż wielkie są winy jego wobec mnie, pomyślałam, przeczytawszy to pismo, że jest wygnany, bez rodziny, bez syna, którego kocha...
Słowa te, wypowiedziane głosem pełnym duszy, odsłaniały anielską wrażliwość. D’Arthez uczuł się w najwyższym stopniu wzruszony. Ciekawość kochanka stała się, można powiedzieć, ciekawością niemal psychologiczną i literacką. Chciał wiedzieć, do jakiego punktu sięga wielkość tej kobiety, jakie zniewagi ogarnia jej przebaczenie, w jaki sposób te światowe damy, pomawiane o lekkość, bezczułość, egoizm, zdolne są być aniołami. Pamiętał, że już raz odepchnięto go, skoro pragnął poznać to niebiańskie serce; toteż znać było drżenie w jego głosie, kiedy, ujmując przejrzystą, wiotką, o smukłych paluszkach rękę Diany, rzekł: — Czy jesteśmy już na tyle przyjaciółmi, aby mi pani mogła powiedzieć, co wycierpiała? Dawne zgryzoty muszą z pewnością odgrywać rolę w tej zadumie.
— Tak — rzekła, wydychając tę zgłoskę niby najsłodszą nutę fletni.
Znowu popadła w zadumę, oczy jej zamgliły się. Daniel trwał w oczekiwaniu pełnym lęku, przeniknięty uroczystością chwili. Wyobraźnia poety ukazywała mu niby chmury, które rozpraszały się z wolna, odsłaniając sanktuarium, gdzie u stóp Boga miał ujrzeć zranionego baranka.
— I cóż?... — rzekł łagodnym i spokojnym głosem.
Diana spojrzała na tkliwego powiernika: następnie spuściła powoli oczy, tocząc powieki ruchem ujawniającym najszlachetniejszą wstydliwość. Potwór chyba byłby zdolny wyobrazić sobie bodaj cień obłudy we wdzięcznie falistym ruchu, jakim sprytna dama podniosła główkę, aby zatopić jeszcze jedno spojrzenie w chciwych oczach wielkiego człowieka.