— Czyż mogę?... Czy powinnam?... — Rzekła, czyniąc ruch mimowolnego wahania i patrząc na d’Artheza z cudownym wyrazem rozmarzonej tkliwości. — Mężczyźni tak mało dają wiary tego rodzaju rzeczom! Tak mało czują się zobowiązani do dyskrecji!...
— Och! Jeżeli pani mi nie ufa, po cóż jestem tutaj!... — wykrzyknął d’Arthez.
— Ach! Mój przyjacielu — odparła, dając swemu wykrzyknikowi cały powab mimowolnego wyznania — kiedy kobieta przywiąże się na życie, czyż zdolna jest wtedy do rachuby? Nie chodzi o odmowę (czegóż mogłabym panu odmówić?), ale o pojęcie, jakie będziesz miał o mnie po moim wyznaniu... Odkryję panu chętnie położenie, w jakim się znalazłam, osobliwe jak na kobietę w moim wieku: ale co pomyślałbyś o kobiecie, która by odsłoniła tajemne rany małżeństwa, która by zdradziła tajemnice cudze? Tureniusz dotrzymywał słowa danego złodziejowi; czyż nie jestem winna moim katom uczciwości Tureniusza?
— Czy dała pani komu słowo?
— Pan de Cadignan nie uważał za potrzebne żądać ode mnie tajemnicy. Chcesz pan tedy więcej niż mojej duszy? Tyranie! Chcesz tedy, abym pogrzebała w tobie mą uczciwość — rzekła, obrzucając d’Artheza spojrzeniem, którym podnosiła nieskończenie cenę tego fałszywego zwierzenia.
— Ma mnie pani za człowieka nazbyt pospolitego, jeżeli się pani lęka czegokolwiek z mej strony — rzekł ze źle ukrywaną goryczą.
— Przebacz, przyjacielu mój — odparła, ujmując go za rękę i wodząc po niej palcami ruchem arcysłodyczy. — Wiem, ile jesteś wart. Opowiedziałeś mi całe swoje życie, jest szlachetne, piękne, wzniosłe, godne twego imienia; może nawzajem ja winna ci jestem moje? Ale lękam się zbyt wiele stracić w twych oczach, opowiadając tajemnice, które należą nie tylko do mnie. Może nie uwierzy pan, pan, człowiek samotności i poezji, w ohydy świata. Ach! Kiedy tworzysz swoje dramaty, nie wiesz, jak dalece przewyższa je to, co się rozgrywa w łonie rodzin, na pozór najbardziej zgodnych. Nie znasz rozmiarów pewnych złoconych niedoli!...
— Wiem wszystko! — wykrzyknął.
— Nie! — odparła — nie wiesz nic. Czyż córka ma kiedykolwiek prawo oskarżać własną matkę?
Słysząc to słowo, d’Arthez uczuł się niby człowiek zbłąkany w ciemną noc w Alpach, który w pierwszych blaskach poranku spostrzega, iż stąpa nogą w przepaść bez dna. Popatrzył na księżnę tępym wzrokiem, uczuł zimno w grzbiecie. Diana sądziła już, że ten genialny człowiek jest słabą duszą, ale ujrzała w jego oczach błysk, który ją upewnił.