Śmiejąc się, Maksym de Trailles zagadnął d’Artheza:
— Bywa pan często u księżnej de Cadignan?
D’Arthez odpowiedział suchym skinieniem głowy. Maksym de Trailles9 był to rzezimieszek wyższej kategorii, bez czci i wiary, zdolny do wszystkiego, rujnujący kobiety, które się doń przywiązały, każący im zastawiać dla siebie diamenty, ale pokrywający to postępowanie błyszczącym pokostem, urokiem manier i piekielnym dowcipem. Budził u całego świata jednaki lęk i wzgardę, ale, ponieważ nikt nie był dość odważny, aby mu okazać co innego niż najdworniejszą uprzejmość, nie mógł spostrzec się na tym lub udawał, iż się nie spostrzega. Hrabiemu de Marsay zawdzięczał ostatni szczebel wywyższenia, jaki mógł osiągnąć. De Marsay, który znał Maksyma od dawna i na wylot, odgadł w nim talent do niejakich sekretnych i dyplomatycznych funkcji, które mu powierzał i z których tamten wywiązywał się znakomicie. D’Arthez był od roku na tyle wmieszany w sprawy polityczne, aby znać do gruntu tę osobistość, i on jeden miał może dość charakteru, aby wyrazić głośno to, co cały świat myślał po cichu.
— Do tla nij s befnożdzią sanietpujeż ban Ispę — rzekł baron de Nucingen.
— Och! Księżna jest niewątpliwie jedną z najniebezpieczniejszych osób, których próg mężczyzna może przestąpić — wykrzyknął z cicha margrabia d’Esgrignon. — Jej to zawdzięczam zakałę mego małżeństwa.
— Niebezpieczną? — rzekła pani d’Espard. — Proszę nie mówić w ten sposób o mojej najlepszej przyjaciółce. Nigdy nie słyszałam ani nie widziałam u księżnej nic, co by nie płynęło z najbardziej podniosłych uczuć.
— Niechże pani pozwoli mówić margrabiemu! — zawołał Rastignac. — Kiedy ładny koń wysadzi kogo ze strzemion, zaraz doszukuje się w nim wad i sprzedaje go.
Dotknięty tym odezwaniem, margrabia spojrzał na Daniela i rzekł: — Nie jest pan, mam nadzieję, z księżną w tego rodzaju stosunku, aby nas to miało krępować w rozmowie o niej?
D’Arthez zachował milczenie. D’Esgrignon, któremu nie zbywało sprytu, nakreślił, w odpowiedzi Rastignakowi, apologetyczny portret księżnej, który przyprawił cały stół o wesołość. Ponieważ koncept ten był dla d’Artheza zupełnie niezrozumiały, nachylił się do pani de Montcornet, swej sąsiadki, i spytał o znaczenie tych żartów.
— Ależ, z wyjątkiem pana (wnosząc z dobrego mniemania, jakie pan ma o księżnej), wszyscy biesiadnicy cieszyli się, jak słychać, jej względami.