Gub-Gub schował się ze strachu za beczką. Mówił później, że czuł na sobie spojrzenia orłów, zupełnie jakby zaglądały w głąb jego duszy, żeby dowiedzieć się, co ukradł dziś na śniadanie.
Doktor odezwał się do orłów w te słowa:
— Zaginął pewien mężczyzna. Rybak o czerwonych włosach i z wytatuowaną na ramieniu kotwicą. Czy pomożecie nam go znaleźć? Ten chłopiec jest jego bratankiem.
Orły mówią niewiele. Odpowiedziały tylko chrapliwymi głosami:
— Dla Johna Dolittle’a zrobimy, co w naszej mocy.
Odleciały, a Gub-Gub aż wyszedł zza beczki, żeby obserwować ich lot. Były coraz wyżej i wyżej... i wyżej, i wyżej, i jeszcze wyżej. A potem, kiedy Doktor niemal już ich nie widział, rozdzieliły się i poleciały w cztery strony świata — na północ, południe, wschód i zachód. Wyglądały na tle niebieskiego nieba niczym maleńkie ciemne kropki.
— O rany! — szepnął Gub-Gub. — Co za pułap45! Aż dziw, że pióra im się nie spalą... przecież latają tak blisko słońca!
Orły wróciły dopiero późnym wieczorem. Powiedziały Doktorowi:
— Przepatrzyłyśmy wszystkie morza, kraje, wyspy, miasta i wioski po tej stronie świata. Ale nie powiodło się nam. Na głównej ulicy Gibraltaru, przed piekarnią zauważyłyśmy taczkę, na której leżały trzy rude włosy, nie pochodziły jednak z głowy ludzkiej, a z futrzanego płaszcza. Ani na ziemi, ani w wodzie, ani w ogóle nigdzie nie dostrzegłyśmy śladu wujka tego chłopca. A skoro nam się to nie udało, najwyraźniej zobaczyć go po prostu nie sposób. Dla Johna Dolittle’a zrobiłyśmy, co w naszej mocy.
Potem sześć wielkich ptaków załopotało skrzydłami i odleciało z powrotem do swych górskich gniazd.