Ktoś się wykrada, nie wzuwszy obuwia,

Z łoża kobiety, jak cień biegnie, z okna,

Jako złoczyńca, zeskakuje, cicho

W pokoju własnym przystaje — i widzi

W lustrze na ścianie siebie: nagłą trwogą

Dygoce przed tym bladym, niedospanym,

Okropnym cudzoziemcem, jakby ów to

Tej nocy chłopca, którym był, nieznacznie

Drgającą ręką zamordował, teraz

Polewa z dzbanka palce, by je omyć,