w duszy mej, pragnąc życia, łkała,
jako ten szlocha, który na korabiu
w żaglach olbrzymich, pożółkłych, z wieczora
na toni modro-głębokiej swe miasto,
miasto ojczyste mija. Tedy widzi
zaułki, słyszy studzien szum i wdycha
woń krzewów bzowych, postrzega sam siebie,
jak stoi na wybrzeżu dzieckiem, z czułym wzrokiem,
co jest zlękniony, płakać pragnie: widzi
poprzez otwarte okno blask w swej izbie —