w które blask żółto-krwawy, jak z topazów,
w strugach przenikał ciepłych, żarzył się. A całość
sute, głębokie wypełniało tlenie
smętnej muzyki. I otom ja wiedział3,
choć nie pojmuję, ale to wiedziałem:
że to jest zgon. Przemienił się w muzykę,
potężnie tęskniąc, słodki, ciemno-płonąc,
krewny najgłębszej melancholii.
Dziwne!
Nostalgia bezimienna cicho łkała