Poddaję się woli rabina i prowadzę go do domu rabiego Noacha.
Po drodze z lękiem pytam go:
— Jaką intencją szanowny rabin się kieruje?
Odpowiedź rabina jest rzeczowa i prosta.
— Kiedy odmawiałem dziękczynne błogosławieństwo uświadomiłem sobie, że dotychczas byłem sędzią, który wydawał zaoczne wyroki. Teraz chcę na własne oczy zobaczyć Noacha. Być może, że tym razem Bóg pomoże mi ocalić mego ucznia.
I uśmiechając się żartobliwie, dodaje:
— Wiesz, szajgecu19, że jeśli twój rabi okaże się tym Noachem, który u mnie pobierał naukę, to myślę, że wyrośnie z niego wielki mąż Izraela. Może nawet zostanie rabinem w Brześciu.
Słysząc jego słowa utwierdziłem się w przekonaniu, że mój rabi jest właśnie tym Noachem, który studiował w brzeskiej jeszywie. I serce z radości we mnie zadrżało.
I oto obie góry spotkały się z sobą. To, że nie znalazłem się pośrodku obu tych gór, przypisuję cudowi boskiemu.
Rabi z Białej, oby jego pamięć była błogosławiona, zwykł był w uroczystość Simchat-Tora20 wyprawiać chasydów na spacer po mieście. Sam zaś zasiadał na krześle na ganku, skąd obserwował spacerujących chasydów. Cieszył się widokiem rozradowanych swoich zwolenników.