W biednym miasteczku, w którym nie ma możliwości robienia interesów, lato składa się z pustych, długo ciągnących się dni. Ludzie tkwią w oknach, ziewają i gapią się na rynek, a nuż coś się na nim pojawi. Coś takiego, do czego można będzie się przyczepić.

I tak siedzi sobie przy oknie Żyd i patrzy w stronę rynku. Patrzy i nagle dostrzega naszego nieszczęsnego, obcego w tym mieście, młodzieńca. Z nudów przywołuje go do siebie. Już znalazł dla siebie robotę. Wszystkie muchy zdążył już wyłapać, to teraz zacznie rozmawiać z młodzieńcem.

— Chodź no tu, młody człowieku. Wejdź do mieszkania.

Młodzieniec nie wykazuje ochoty. Skinieniem głowy odmawia.

— Po co? — pyta.

— Po to!

I nie doczekawszy się wejścia młodzieńca, sam do niego wychodzi. Siada na progu domu i powiada:

— Jak się nazywasz?

— Jak się nazywam? Abraham się nazywam. Tak przynajmniej mi się wydaje.

— Nie jesteś tego pewien?