Po niebie płyną gęste czarne chmury. Chwilami rozdziera je błyskawica, po czym stają się jeszcze bardziej gęste i bardziej czarne.
Światło błyskawicy po raz ostatni budzi konającego.
Spalonymi wargami pyta:
— Kto tu jest? Kto siedzi u mego wezgłowia?
— To ja, jasny anioł, wysłannik Miłościwego Pana na wysokościach. Z Jego polecenia przyszedłem zabrać twoją duszę. Chodź ze mną!
— Dokąd?
— Do nieba. Do raju.
— Niebo... raj... — mamrocze w gorączce konający. — A jak się żyje tam w niebie? W raju?
— Dobrze... w promiennym blasku łaski Bożej, w światłości Tronu Wiekuistego. I każdy przebywający tam mieszkaniec nosi złotą koronę na głowie.
— Blask, złoto, korony — mruczy konający — ale co ja tam będę robił?