6 kwietnia
W ostatnich czasach Stach czytywał mi głośno co dzień po kilka godzin. On się przy tym upierał, utrzymując, że mnie to rozrywać powinno — ja jednakże najczęściej myślałem zupełnie o czym innym; bo i cóż mi teraz do tego, jakie ma Carlyle pojęcia o bohaterach albo jakie były urządzenia społeczne u starożytnych Inków i Azteków? Co mnie to może obchodzić? On niech sobie czyta, jemu to się przyda — ale mnie?
Ostatnie jednak dwie książki zajęły mnie bardzo, bo traktowały o śmierci i życiu zagrobowym. Stach umyślnie widać wybrał to dla mnie. Słuchałem chciwie, siląc się, aby uwierzyć. On, nie wiem, czy udawał, czy naprawdę, ale utrzymywał, że mu się wywody autorów wydają dosyć prawdziwymi. Ale ja nie mogłem się dać otumanić. Byłbym oddał z rozkoszą te resztki życia, by tylko móc zahaczyć o cośkolwiek swój błędny umysł — i nie mogłem. Zresztą jednego z autorów nie rozumiałem zupełnie i nawet nie starałem się o to, zniechęciwszy się od razu dziwacznym jego tłumaczeniem istoty ja. O drugim (Figuierze39) nie ma co mówić: stek niedorzeczności, podlany naukowym sosem. Trzeba by najpierw dostać pomieszania zmysłów, a potem czytać te fantasmagorie — i to jeszcze skutek wątpliwy.
Wreszcie, albo ja sam wiem, czego mi się chce, czemu można wierzyć? Od dziecka już wyrabiałem w sobie odporność względem wszelkich zabarwień tendencyjnych. Teraz przeszło mi to w manię i jestem oponentem nie z przekonania, ale z temperamentu i charakteru. Przyznaję się do tego najzupełniej, sam się nazywam głupcem, a przecież nie mogę się pozbyć tej wygryzającej wszystko przyprawy umysłu. Stach mi często głupstwa za to mówił i przepowiadał, że w końcu sfiksuję zupełnie na tym punkcie, a ja mu nawet dopomagałem w wyszukiwaniu najgorszych na siebie epitetów — ale cóż robić? Przecież, jeżeli to jest złe, niedorzeczne, ja sam cierpię nad tym najwięcej, a jeżeli się nie zmieniam, to widać dlatego, że nie mogę. Gdyby mi jakiś czerwonoskóry zrobił przytyk do białości mej skóry, jako rzeczy, dajmy na to, nieprzyzwoitej — to choćbym się nie wiem jak zapłonił ze wstydu i silił na zmianę swego ubarwienia, czerwonym się przecież nie zrobię. Jeżeli mi kto powie, żem wypaczony, zły, głupi — odpowiem mu na to: „Zgoda” — ale niech mnie wyprostuje, zrobi dobrym i mądrym. Ja mu się u nóg z wdzięczności czołgać będę — ale niech to zrobi.
A dziś, czy nie robiłem sobie tych samych wyrzutów?
Nazwałem się po prostu podłym, bo byłem podłym — ale co mi z tego? Dziś ich przeprosiłem, a jutro będzie to samo, jeżeli nie gorzej — i tak do końca.
Co oni winni, że mnie kochają, a wskutek tego przesadzają w chęciach dogadzania mi, odgadując najtajniejsze moje myśli, których się wstydzę? Co oni winni, że mnie niedorzeczne nadzieje przychodzą do głowy? Co winni, że mnie Starzecki od kilku dni durzy tym lekarstwem?
A przecież była dziś scena okropna! Brnąłem tym głębiej, im więcej czułem się słaby, na litość zasługujący. Ja nie chciałem im dokuczyć, jam siebie chciał zagłuszyć. Bo biedny ja już jestem — muszę się bronić przed samym sobą.