Nawet Amelka, która o niczym dotąd nie wiedziała, dostrzegła to od razu pierwszego dnia — i, widzę, zaczyna ich traktować w odpowiedni sposób, uśmiechając się pobłażliwie. A mnie nie rażą już te romanse, choć to może niestosowna do nich pora. Trudno — oni tak młodzi oboje, nie potrafią jeszcze robić ze swej miłości ustępstw dla otoczenia. I tu egoizm; ale to także naturalny, musowy egoizm. Wreszcie gdzież go nie ma? Mnie przyjemnie jest nawet patrzeć na nich z boku i obserwować, jak zwykle. Nie przeszkadzamy też im zupełnie, oboje z Amelką odgrywając role starszych, opiekunów. Rozmawiamy o nich ciągle, a ja staram się jak najlepiej usposobić Amelkę względem Stacha, żeby potem była przychylna ich projektom.

Szkoda, że już ich szczęścia oglądać nie będę!

Dlatego też pozostawiam im zupełną swobodę, niemal odganiam od siebie, byle i tej odrobiny ich rozkoszy nie rozwiać. Sam się wygrzewam w tym cieple miłości, raduję nadzieją marzonego ich szczęścia — a to mnie jakimś lepszym, wyrozumialszym czyni. I tu Amelki dzieło — to ona nauczyła mnie w tym źródle szukać ukojenia.

12 kwietnia

Dziś długo bardzo rozmawiałem z Amelką o wszelkich naszych interesach. Chwała Bogu, że wszystko składa się jak najlepiej. Pomijając inne ważne sprawy, ucieszyło mnie niezmiernie, że będzie mogła pozostać w Warszawie około dwóch miesięcy, gdyż tak się już ułożyła, wyjeżdżając ze wsi. Przynajmniej Zosia nie będzie mi już stała na sumieniu. Co ona by biedaczka zrobiła, pozostawszy tu tak sama po mojej śmierci! Razem z Amelką łatwiej jej będzie pierwsze tygodnie przebiedować, zanim się oswoi z tym przejściem. Na Stacha też liczę: on ich nie opuści w nieszczęściu.

Co do kwestii pieniężnej, też już jestem spokojniejszy znacznie. Na moją wzmiankę, że, w razie czego, mogłyby się udać do ciotki, Amelka zamknęła mi usta i pokazała 90 rs.41, które przywiozła z sobą. To pieniądze pewnie naprzód wzięte albo mozolnie uciułane latami pracy — no, ale cóż robić? O, Boże! Co robić? Ja już sam dla siebie, jako żywy, niczego żądać nie będę — a i dziś gniewałem się na Amelkę, że mi koniaku jakiegoś starego przyniosła — ale przecież nie odwrócę od nich tych kłopotów, jakie swoim trupem sprawię. Wreszcie męczy mnie już myśl o tym wszystkim. Głowa mi nieraz pęka, doprawdy, gdy sobie uprzytomnię to wszystko, co ich czeka. Wdzięczny jestem Amelce, że mi choć trochę ulżyła tego ciężaru. Ona może umyślnie tak się spokojnie zapatruje, aby mnie nie nękać bardziej — ale ja chcę, chcę wierzyć temu, co mówi. Jeżeli rzeczywiście co złego ich jeszcze w życiu czeka, ja już nie potrafię nic zaradzić temu. A cóż im przyjdzie z tego, że umrę w zwątpieniu? Im to nie polepszy doli, a mnie stokroć bardziej jeszcze zatruje ostatnią godzinę.

Niech już więc mnie okłamują, niech grają komedię, abym ja tylko mógł im uwierzyć.

Amelka chce koniecznie pozostawać u mnie i na noce, ale ja nie mam serca przyjmować od niej tej ofiary. Ona dobra, sama się o to naprasza i niemal domaga, mówiąc, że jej stokroć gorzej spędzać noce z dala ode mnie, w niepokoju, z myślą, że ja tu sam leżę, prawie pozbawiony opieki. Mnie się serce rwało, żeby powiedzieć jej: „zostań, bądź ciągle przy mnie, bo mi straszno tak w nocy samemu”, ale wzgląd na jej zdrowie zatrzymywał mi słowa na ustach. Wreszcie sam nie mam najmniejszego pojęcia o tym, jak by to urządzić można. Trudnoż Stacha wypędzać z własnego mieszkania; przy tym i jego pomoc może się okazać potrzebna. Amelka wspominała coś o fotelu, o parawanach, wreszcie o gotowości pani Sawickiej odstępowania jej na noc salonu, który z naszym pokojem graniczy — ale wszystko to upadło wobec mego uporu. Czując, że ulec mogę jej natarczywym prośbom, zaciąłem się tym bardziej, okazując sztuczne rozdrażnienie, żeby nie nalegała dłużej. Ustąpiła w końcu, ale widziałem dobrze, że na tym nie poprzestanie i że w ten lub inny sposób postawi na swoim. Poczciwa, doprawdy, ta pani Sawicka. Z Amelką zaprzyjaźniła się prawie i stara się, ile może, okazać nam swą życzliwość. Drzwi od naszego pokoju do swego salonu sama ciągle otwiera, byle mi więcej powietrza dostarczyć. Kiedym jej coś wspomniał o mikrobach i zatruciu powietrza, o mało się nie rozpłakała, a pocałowawszy mnie w czoło, powiedziała tylko:

— A, panie Rudnicki, jakże można tak źle o ludziach sądzić!

Teraz ciągle zagląda, co chwila się pytając, czy czego nie potrzeba. Amelka zagospodarowała się już u niej jak we własnym domu. Jak długo to trwać będzie? O, jeszcze, jeszcze, choćby z miesiąc, choć dni kilkanaście!... Mój Boże!...