Reformy w wychowaniu moralnym

Odczyt publiczny

Gdy chłopiec kończy lat 14, coraz częściej obija się o jego uszy natarczywe pytanie: „Czym będziesz?”.

W nieszczęsnym tym pytaniu, którym od początku nauki nieraz dręczyliśmy dzieci nasze i które je w całym ciągu życia szkolnego prześladowało, zawiera się niewypowiedzianie męcząca, gorączkowa troska rodzicielska o losy dziecka, nieodłączna od rodzicielskiej miłości gwałtowna chęć przewidzenia i uprzedzenia przyszłych wypadków, nadania przyszłości dziecka pewnego, z góry zamierzonego kierunku, tak aby w chwili, gdy nieuchronną losu koleją zostanie samo na świecie, własnym siłom pozostawione, ojciec i matka spokojnie zamknąć mogli oczy, pewni, że dziecko ich, raz wstąpiwszy na daną drogę, pójdzie po niej równo i gładko.

A jednak, ileż razy ta nadzieja, ta nieraz tak trudno zdobyta pewność — złudna się okazuje!

Bo cóż właściwie mieści się w tym pytaniu: „Czym będziesz?”, do czego ono zmierza? Ot, po prostu do tego, by wybrać dla chłopca najprzód odpowiednią szkołę średnią, potem, o ile zdolności i chęci starczą, taką szkołę wyższą lub specjalną, która by mu dała dyplom, patent, świadectwo wystarczające dla zdobycia kawałka chleba i przyzwoitego w życiu stanowiska.

Na tym dyplomie lub świadectwie, na otrzymanych cenzurach1, a wreszcie na fachowej umiejętności buduje się całą przyszłość dziecka. Tysiąckrotne, bolesne nieraz doświadczenia nie nauczyły nas jeszcze, że to podstawa tak krucha jak lód marcowy, że fachowe uzdolnienie i stemplowane tego uzdolnienia dowody są tylko bronią, są tylko jednym z narzędzi, którym człowiek w walce życiowej posługiwać się może, jeżeli się nim posługiwać umie, jeżeli ma dzielne ramię i wzrok bystry, głowę jasną i odwagę w sercu; że ono wreszcie jest całkiem bezużytecznym w życiowej wędrówce bagażem dla tego, kto je zdobył kosztem sił fizycznych i umysłowych, kosztem moralnej energii i zdolności do życia.

Z pomocą tego świadectwa młodzieniec nie zdobędzie ani jednego życiowego posterunku, nie zwalczy i nie przełamie żadnej zapory, nie zapewni szczęścia sobie, nie przyczyni go drugim, a głównie nie obroni się przed sobą samym, nie odniesie zwycięstwa w żadnej wewnętrznej walce i może pozostać całe życie tak bezsilny, bezbronny i bezradny jak maleńkie niemowlę.

I cóż mu z tego przyjdzie, że umie chorych osłuchiwać i recepty pisać, że umie plany budowli lub mostów rysować, że zna wszystkie zawiłości prawa rzymskiego i miejscowego, jeżeli nie umie żyć? Albo co gorzej, jeżeli nie ma siły, odwagi, ochoty do życia?

Tej sztuki nie nauczy go ani uniwersytet, ani politechnika, najuczeńszy profesor nie wyłoży mu jej arkanów, najbogatsze laboratorium nie odkryje mu jej zagadki. Rodzicielska troskliwość lub ofiarność społeczna może go przeprowadzić przez szkoły, ale szkoła nie zrobi go jeszcze człowiekiem.