Mieć odwagę własnych czynów i śmiało za nie przyjmować odpowiedzialność, być sobie samemu sędzią i panem, świadomie rządzić sobą i sobie sprawiedliwość wymierzać — to znaczy mieć charakter.

Chcąc dzieci nasze takim charakterem uzbroić, powinniśmy zatem przede wszystkim przyzwyczajać je do prawdy.

Pierwszym i niezbędnym krokiem w tym celu byłoby przestać je okłamywać.

Jest rzeczą wprost zdumiewającą, jak niesumiennie w tym względzie postępujemy wobec własnych dzieci. Nic nas to nie kosztuje łudzić je kłamliwymi obietnicami, straszyć pogróżkami, które się nigdy spełnić nie mają, oszukiwać dla żartu, dla zabawienia się ich naiwnością, odpowiadać licho skleconą bajeczką na ich najpoważniejsze pytania, wszelkimi sposobami wyzyskiwać ich dziecinną łatwowierność.

Mamy przed sobą istotkę słabą, bezbronną, nieświadomą; ona zwraca się do nas z bezgraniczną ufnością, szczera, prosta, wolna od wszelkich podejrzeń, widząc w nas uosobienie mądrości i siły, źródło wszelkiego światła i wszelkiej wiedzy, a my bez zająknięcia się, bez rumieńca wstydu — okłamujemy ją!

Nie umiemy uszanować w dziecku człowieka, a w sobie świętości rodzicielskiego powołania.

Niektóre kłamstwa wobec dzieci stały się wprost systemem, bardzo zgubnym i szkodliwym systemem, na którego usprawiedliwienie zresztą nic innego nadmienić nie można, jak to, że jest on ogólnie przyjęty,

Jakże naturalna, jakże zrozumiała jest ciekawość dziecka, które zwraca się do matki z pytaniem, skąd się ono znalazło na świecie albo skąd przyszło na świat jego rodzeństwo. Na to całkiem poważne pytanie, którego żaden rozwijający się zdrowo umysł dziecięcy pominąć nie może, odpowiada się dziecku jakimś niedorzecznym żartem o bocianie na przykład. Dlaczego? Czy istotnie mamy to przekonanie, że dziecko prawdy się nigdy nie dowie i że nas na popełnionym kłamstwie nie złapie? Czy mamy zamiar kiedykolwiek, w jakimś z góry oznaczonym terminie kłamstwo odwołać i powiedzieć: „Słuchaj, póki byłeś mały, zbywałam cię byle czym, ale teraz powiem ci naprawdę, jak się rzeczy mają”?

Broń Boże! Wiemy doskonale, że sekret się nie utrzyma, że prędzej czy później dziecko nasze prawdę odkryje, ale jak i kiedy — o to nie troszczymy się bynajmniej. Nie śmiemy się nawet pytać ani dowiadywać.

Okłamaliśmy dziecko, zawiedliśmy jego zaufanie, z góry przygotowani na to, że ono nigdy nie powróci. Systematycznie z zasady oszukiwane przez własną matkę, nigdy nie przyjdzie już do niej po wyjaśnienia, po sprostowanie otrzymanych skądinąd informacji. Owocem naszego pierwotnego kłamstwa będzie w umyśle dziecka przekonanie, że mama kłamała, bo się wstydzi — wstydzi się tego, że je na świat wydała, że jest jego matką.