Sama ta niezgodność zasad i czynów już jest złym zwyczajem, który podkopuje wszelką budowę charakteru, jest rozdźwiękiem, fałszem — i właśnie ten fałsz dzieci najszybciej podpatrzą i najłatwiej się nim przejmują. Dajemy im do tego tysiące okazji.

A zatem chcąc zreformować wychowanie moralne naszych dzieci, musimy przede wszystkim poddać krytycznej rewizji nasze własne postępki, nasze ideały moralne, czynami wyznawane, i musimy wyplenić z nich fałsz. Będzie to rzeczą trochę trudną, gdyż, niestety, fałszem przesiąknięte jest nasze życie.

Kłamiemy czynem i słowem, miną i ubraniem. Kłamiemy dla uniknięcia niebezpieczeństwa lub dla utrzymania dobrej o sobie opinii, dla zjednania sobie życzliwości ludzkiej lub dla wprawienia ich w dobry humor, dla oszczędzenia kilku groszy na sprawunku lub kilku rubli na bilecie kolejowym; przez ostrożność, przez grzeczność, przez przyzwoitość, przez tchórzostwo lub chciwość, przez współczucie i przez wyrachowanie, przez blagę i próżność — kłamiemy zawsze i na każdym kroku.

Dzieci nasze wprawdzie strofujemy i karzemy za kłamstwo. Ale cóż to pomoże? Bez względu na nasze kary i napomnienia, robić będą to, co wszyscy, co mama, tata, goście, sługi, to, co „się robi”.

I nie to wreszcie jest smutne, odrażające i przerażające zarazem, że w jakiejś drobnej, obojętnej okoliczności ktoś się od nas prawdy nie dowie, lecz to, że wskutek przyzwyczajenia kłamstwo żadnej nie robi nam różnicy, że nam nie sprawia najmniejszej trudności mówić nie to, co jest prawdą, ale to, co nam na razie potrzeba.

Wskutek zwyczaju bezmyślnie kłamiemy nawet tam, gdzie i rozsądniej i pożyteczniej byłoby powiedzieć prawdę.

Weźmy drobny przykład. Przychodzi do mnie gość nie w porę, na przykład, gdy mam pilną, niedającą się przerwać pracę. Dlaczegóż zamiast ogólnie przyjętego: „Pani nie ma w domu” nie miałabym kazać powiedzieć: „Pani jest zajęta i z nikim widzieć się nie chce”?

Rozsądny człowiek nie obrazi się o to, a nierozsądnych gości pozbędę się tym skuteczniej. Dając taką odpowiedź, wyrażam zarazem szacunek i zaufanie dla tych, co mnie odwiedzają, wiarę w to, że pracę mą uszanują, a ze słowami mymi liczyć się będą.

W praktyce jest to na pozór drobnostka, ale i ona już okazuje ujemne skutki kłamstwa, które podkopuje przede wszystkim ufność wzajemną między ludźmi, szacunek dla drugich i szacunek dla samego siebie. Kto kłamie, ten się albo boi, albo wstydzi; i jedno, i drugie jest uczuciem poniżającym i oswaja nas z własną miernotą moralną. Kłamstwo przeczy odwadze i znosi poczucie moralnej odpowiedzialności, osłabia nasze dobre skłonności, a złym zapewnia bezkarność.

Gdybyśmy nie umieli kłamać, gdyby mówienie nieprawdy sprawiało nam wprost fizyczną trudność i przykrość, liczylibyśmy się ściślej z postępkami i myślami naszymi. Doznawalibyśmy takiego samego uczucia wstydu i upokorzenia na myśl o popełnionym kłamstwie, jak dziś na myśl o kłamstwie wykrytym. Lękalibyśmy się własnego sądu nie mniej niż sądu ludzi, szanowalibyśmy siebie nie mniej niż opinię publiczną, mielibyśmy odwagę własnych czynów, bylibyśmy sobą w każdej chwili życia naszego, a niezasłużenie odbierane pochwały bolałyby nas bardziej niż niewinnie znoszona obmowa, bolałyby nas jak popełnione oszustwo.