Ich wartość moralną, ich cnotę traktujemy nie jako rzecz zależną od ich wewnętrznej treści, od ich uczuć i myśli, z ich postępowaniem związaną i z niego wynikającą, lecz jako okoliczność zewnętrzną uwarunkowaną sytuacją towarzyską, położeniem rodziców, uprzejmością i szacunkiem znajomych.
Wiersz Kochanowskiego o cnocie, której nie wydrze nieprzyjaciel srogi, nie spali ogień, nie zabierze woda, nie odnosi się do naszych kobiet. Nie tylko „nieprzyjaciel srogi”, ale przyjaciel podstępny wydrzeć ją może, plami ją i nadweręża nie to, co same robią, lecz głównie to, co o nich mówią.
I dlatego to dziewczęta wychowujemy w pobożnej bojaźni przed opinią ludzką, stawiając je nieustannie od pierwszego dzieciństwa wobec strasznego pytania: „Co ludzie powiedzą? Co o tobie pomyślą?”.
Tym sposobem pielęgnujemy w nich starannie dwie kardynalne zalety: próżność i obłudę. Przyzwyczajamy, by się nigdy nie przyznawały do niczego — ani do swych pragnień, ani do swych zamiarów, ani do liczby lat, ani do ilości wprawionych zębów.
Kobieta, która mówi prawdę, a zwłaszcza, która mówi prawdę o sobie, jest i dziś jeszcze poniekąd unikatem, i to unikatem budzącym raczej śmiech niż podziw. Wychowanie moralne naszych dziewcząt jest to sztuczna hodowla sfinksów9, tym osobliwszych, że nie tylko trudno je zrozumieć, lecz i one same siebie nie rozumieją.
Nie dzieje się to przypadkiem, ale dla zasady.
Zasada ta jednak nie jest właściwa, choćby dlatego, że w obecnych warunkach w żaden sposób utrzymać się nie da. Od chwili, gdy kobietom dano naukę, gdy zażądano od nich pracy, niepodobna im przeszkodzić żyć i myśleć, i to myśleć nie tylko o estetyce, literaturze lub buchalterii, ale także o stosunkach życiowych.
Ich nieświadomość, ich naiwność jest coraz większym fałszem, a ich nieprzystosowanie do rzeczywistych warunków wywołuje coraz większy rozdźwięk w ich duszy. Zaopatrzone w cnoty zbyteczne, nieuzbrojone w konieczne i niezbędne, nie umieją się przystosować do otoczenia i stąd powstaje pewien niesmak do życia i niesmak do samych siebie. Ileż z nich żałuje, że się porodziły kobietami!
A czyż to jest naturalne, czyż to jest pożądane?
Czyż byłoby to tak powszechne, gdyby one umiały być sobą i gdyby świat nauczył się ich kobiecą indywidualność szanować? Jakżeż często powstaje wstręt do małżeństwa i do macierzyńskich obowiązków u najdzielniejszych i najbardziej myślących jednostek kobiecych, u tych, którym by ich potomstwo najwięcej życiowych bogactw zawdzięczać mogło!