W ten wielki zamęt sprzecznych żywiołów puszczamy nasze dzieci. Co z niego mają czerpać, co odrzucić, do czego lgnąć, od czego odwracać się ze wstrętem, kto ich tego nauczy? Może profesor historii lub łaciny? Może matematyk lub przyrodnik?
Nie liczmy na to! Wszystko, czego się dzieci nasze w szkole nauczyć mogą, może być przydatne w życiu, może być nawet niezbędne, ale z nim bezpośredniego związku nie ma.
Ani losy Cezara lub Napoleona, ani żadna matematyczna łamigłówka nie pouczą naszego syna, jak się ma zachować względem zwierzchników lub kolegów w biurze, względem dłużników i wierzycieli, służby domowej lub dzieci własnych.
Nawet taka, wprost na życie skierowana, bezpośrednie oddziaływanie na charakter mająca na celu nauka, jak nauka religii i moralności, sama przez się jeszcze czystości duszy i zacności czynów nie gwarantuje, a nie gwarantuje dlatego, że jak inne szkolne nauki jest tylko teorią, każda zaś teoria na życiową praktykę może oddziaływać, ale nie zawsze oddziałuje.
Trzeba sobie to doskonale uprzytomnić i do głębi się przejąć tym przekonaniem, że każdy nauczyciel, nie wyłączając księdza katechety, odpowiedzialny może być tylko za to, co sam mówi i robi w klasie, ale nie za to, jak się jego słowa i uczynki w umyśle uczniów i w ich sercu odbijają. Jego słowa i jego postępowanie mogą być tylko jednym z czynników, z których dziecko urabia nastrój swej duszy lub swe stałe usposobienie, ale roli kierowniczej odegrać nie mogą.
Nie mogą tym bardziej dziś, gdy mając po kilkadziesiąt uczniów w jednej klasie, a po kilkuset w każdej szkole, nauczyciel, przy największym talencie pedagogicznym, nie może przeniknąć ani nastroju umysłu każdego ucznia, ani pobudek jego postępowania.
I kiedyż może być pewny choćby i ksiądz katecheta, czy ten lub ów uczeń, słuchając jego wykładu, myśli o konieczności cnót, czy o ponętnych stronach przeciwnych im grzechów? Czy nęci go powab dobrych uczynków i pośmiertna za nie w niebie nagroda, czy tajemnica zawarta w niejasnej formule jednego z przykazań?
Wszystko to są tylko — słowa, słowa, słowa. Ponieważ zaś w życiu decydującą rolę grają nie słowa, lecz czyny, więc do życia nie przez słowa, lecz przez czyny przygotować się trzeba.
Szkoła daje w tym kierunku bardzo małe pole; przez niezbędną karność, przez stały regulamin i porządek (z innej strony nawet bardzo cenny czynnik w wyrabianiu charakteru) normuje ona i normować musi tak szablonowo i życie, i postępowanie uczniów, że wprost zamyka sobie wstęp do wewnętrznych tajników ich duszy, i na czysto zewnętrznych rezultatach poprzestawać jest zmuszona. Poznaje tylko ich stronę bierną, nie poznaje czynnej; ocenia posłuszeństwo, nie widzi inicjatywy.
To, co stanowi stały nastrój człowieka, jego wewnętrzną harmonię lub dysharmonię, dźwignię moralną, zakrój charakteru, sumienie, drugą naturę — zbiór niewzruszonych, w życie wcielanych zasad i nawyknień — to dać mu powinien i może tylko dom rodzinny, i to wyrabiać się w nim musi znacznie wcześniej, niż on do szkoły pójdzie, znacznie wcześniej, niż czytać zacznie.