Za pięć lat będzie kolejnym chodzącym nieboszczykiem

z trudem trafiającym do domu, co dopiero do kosza. Że też się nie zmęczy,

znów wsadził piłkę od góry i zawisł na obręczy.

Cóż znaczą w tej pożodze nasze sknocone ciała, woskowa żandarmeria

moralnych zasad, stearyna starań? Żądam berła

i buławy, ogniotrwałej motyki, strażackiego bosaka i idę jak w dym,

na bosaka, przez labirynt mowy. I wracam niepyszny, ucięty jak męski rym.

Śmierć, to ci figura. A jaki cień. Myślałem, że gdzieś poleciała.

Lecz przesuwa się ku mnie, na wolne pole ciała.