uniosły w powietrze swych ciężkich czarnych wioślarzy.

Jeden kładzie się tuż obok twarzyczki Dawida, wózek jest odkryty.

Pociągnięciem za sznurek uruchamiam księżyc

z pozytywką w środku, płynie słodka melodia,

próbuję przepowiedzieć synowi przyszłość,

osiedli się gdzieś na wąwlu, zbuduje warowny dom,

kiedyś spadnie z konia albo poleci na Księżyc

szukać swojej melodii. Teraz gałurzy w swoim

afrykańskim narzeczu: „gle, ujaa, ojeła”. „Bhasobha”,

odpowiadam, „umusa kankulunkulu”. I Dawid wysyła swój uśmiech: