Schodzimy ze wzgórza, nie mamy cienia.

Wątpliwości. A jednak

unieruchamiamy w potrzasku kalendarza następne ruchome święto.

Wołosaty

Widok jak z widokówek. Słoneczny blask czepia się obramowań kamieni

sterczących z dna potoku, którego korytem Magda

oddala się z „Chłopami” pod pachą i sandałami w ręku,

w prześwietlonej sukience. Potem przychodzę jej pomóc

umyć długie włosy porywane prądem, półnagi, ze swoimi

uczuciami z cepelii. Odgrywam miłosną scenkę z czołówki „Janosika”