Rozbijamy namiot, nad nami okrągłe
odblaskowe światło księżyca. Wodne ptactwo jęczy
na sto sposobów, z oddali słychać co trochę
głos, jakby olbrzym dmuchał w butelkę po piwie
wielkości bojlera. O jutrzni będą nas budzić
dzwony i huk jak z armat, nieznany mi zwyczaj,
umarły by zmartwychwstał. Runą wszelkie budowle,
każdemu wcześniej czy później
zawali się świat, u podstawy jest kilka
prostych mechanizmów, zagadkowe złożenie.