— Ani łódki nie ma, ale tam płynie biała kaczka, może ona nam pomoże.

I zawołała:

Kaczuszko, kaczusio,

Nie ma mostka koło rzeczki,

Nie ma nawet łódeczki,

Przewieź Jasia z Małgosią!

Kaczuszka podpłynęła, a Jaś usiadł na jej grzbiecie i prosił, aby Małgosia siadła z nim.

— Nie — odparła dziewczynka — kaczuszce byłoby za ciężko. Ja przepłynę później.

Dobra kaczuszka przewiozła ich po kolei, a gdy się znaleźli po drugiej stronie rzeki, las wydał im się znajomy i uradowane dzieci ujrzały z daleka chatkę rodzinną. Pobiegły więc szybko i po chwili rzuciły się ojcu na szyję.

Zła macocha nie żyła już, a ojciec trapił się ciągle myślą o dzieciach pozostawionych w lesie. Małgosia wysypała z fartuszka perły i drogie kamienie, które potoczyły się po podłodze, Jaś wyjmował z kieszeni pełne garście klejnotów. Tak więc troski ich skończyły się i w radości żyli wszyscy troje przez długie jeszcze lata.