— Chciałem się ciebie spytać, jak to się stało, że zabiłeś człowieka w okolicy Jeziora Boga?

Zaledwie to powiedział, a już pożałował swych słów. Z piersi Brama wyrwał się głuchy, niemal zwierzęcy pomruk. A w jego szarych oczach, które nagle dziwnie pociemniały, zapłonął groźny ogień.

— Ach, tego człowieka z policji? Tego, co przyszedł z portu Churchill i którego wilki zagryzły?

Odrzucił rewolwer i nóż. W rękach trzymał tylko batog i pałkę. Wilki podsunęły się bliżej do Filipa i otoczyły go z tyłu półkolem. Nie śmiał obrócić głowy, nie śmiał nawet spojrzeć na nie. To ich straszne milczenie napełniało go nieopisanym lękiem. Czekały tylko na rozkaz Brama, czyhały na jego znak. Czuły instynktownie, że ów rozkaz padnie lada moment, że zawisł już na grubych wargach ich pana. Chwila była decydująca i straszna po prostu.

Filip wydobył portfel z kieszeni.

— Bram! — odezwał się. — Zgubiłeś coś owej nocy, kiedy nocowałeś w pobliżu chaty Piotra Breault. — Mówił to głosem zmienionym, trochę drżącym i niepewnym. — Dlatego właśnie szedłem za tobą, aby ci to oddać. Mogłem cię zabić, powtarzam, wówczas, gdy strzelałem do ciebie. Ale chciałem tylko, abyś się zatrzymał, i abym ci mógł to oddać...

Mówiąc to, podał Bramowi siatkę ze złotych włosów.

Rozdział VIII. U celu podróży

Przez kilkadziesiąt sekund Bram stał, jakby gromem rażony.

Spojrzenie swych oczu, utkwionych dotąd uporczywie w Filipa, skierował na siatkę ze złotych włosów. Usta otworzył szeroko ze zdumnienia, rzekłbyś, przestał oddychać zupełnie. Pałka i batog wypadły mu z rąk.