Jak zahipnotyzowany zrobił wolniutko jeden krok, potem drugi, trzeci, aż znalazł się w pobliżu Filipa. Nie odzywając się ani słowem, ujął w ręce ową siatkę. A kiedy podniósł ją do góry, by lepiej przypatrzeć się połyskującym włosom, wyraz twarzy złagodniał mu nagle, a w oczach zgasły owe złowrogie światełka.

Ale trwał nadal w zagadkowym milczeniu, bawiąc się ową siatką, owijając ją na swe grube palce. Wreszcie zwinął ją i ukrył gdzieś głęboko pod ubraniem. Teraz dopiero przypomniał sobie o obecności Filipa. Z głuchym pomrukiem schylił się, podniósł z ziemi rewolwer i odrzucił go daleko w śnieg. Wilki popędziły natychmiast w tym samym kierunku. W ślad za rewolwerem poleciał też i nóż myśliwski. Kiedy przyszła kolej na strzelbę, Bram oparł ją sobie o kolano i przełamał na pół, jakby łamał kawałek drzewa na podpałkę.

— Diabli wzięli! — zaklął po cichu Filip.

Owładnięty nagłym wybuchem gniewu, miał ochotę rzucić się na Brama, aby obronić swą własność. Ale jeżeli już poprzednio czuł się zupełnie bezsilnym, o ileż więcej był nim obecnie! Zresztą, natychmiast przyszła mu inna myśl do głowy. Jeżeli Bram niszczy jego broń, to widocznie postanowił darować mu życie, przynajmniej na razie. Postępując w ten sposób, miał na myśli tylko unieszkodliwienie swego wroga. Nie odezwał się ani słówkiem, wiedząc, że i tak dyskusja z Bramem do niczego nie doprowadzi. Bram spojrzał na niego i palcem wskazał na narty, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że ma je sobie założyć. Wilki wróciły do nich i stały — czujne i uważne na każdy znak. Rozległ się trzask z batoga; Bram wyciągnął ramię ku północy, dając do zrozumienia Filipowi, że ma on iść naprzód. Cała karawana ruszyła w drogę: na przodzie Filip, za nim Bram, a za Bramem wilki. Z porządku tego pochodu wymiarkował Filip od razu, że Bram uprowadza go ze sobą jako więźnia, a nie jako przyjaciela. Ale czemu w takim razie darował mu życie? Trudno zgadnąć.

Po przejściu dwóch mil natknęli się na sanki Brama. Zostawił je tam umyślnie, by mieć większą swobodę ruchów, kiedy w nocy wybierał się ze swą hordą celem schwytania tajemniczego prześladowcy. Widocznie z góry pewien był, że po spotkaniu z Filipem, ten ostatni puści się za nim w pościg, za śladami pozostawionymi przez Brama. Filip w duchu podziwiał tę przenikliwość i spryt człowieka-wilka.

Obserwował go uważnie, kiedy Bram ustawiał wilki do zaprzęgu. Posłuszne mu były jak psy doskonale tresowane. Między Bramem a wilkami panował stosunek poufałej przyjaźni, niemal braterstwa. Przemawiał do nich wyłącznie w języku Eskimosów. Słowa miały dziwny dźwięk, przypominający szczęk kości uderzanych jedna o drugą: klak-klak-klak.

Kiedy sanki miały już ruszyć w dalszą drogę, Filip postanowił jeszcze raz przerwać milczenie i wyciągnąć od Brama parę informacji:

— Jeśli naprawdę sądzisz, że chciałem cię wczoraj zabić, czemuż w takim razie nie poszczułeś na mnie twych wilków, jak to już zrobiłeś nieraz z innymi? Dlaczego dopiero na drugi dzień przyszedłeś mnie złapać, w mojej kryjówce?... A potem... Powiedz, na Boga, dokąd my idziemy?

Bram wyciągnął rękę w przestrzeń śnieżnego Barrenu.

— Tam! — odpowiedział krótko, pomijając milczeniem wszystkie poprzednie pytania.