Rękę trzymał wyciągniętą na północ, najdokładniej na północ, niczym igiełka w kompasie.

Potem, jakby przypominając sobie poprzednie pytania, wybuchnął nagle śmiechem. Kiedy śmiał się, twarz jego i tak już potwornie brzydka, przypominała owe okropne poczwary, jakie spotyka się wyrzeźbione na gzymsach i kamiszach starych gotyckich katedr. Był to śmiech tak niesłychanie denerwujący, że Filip miał ochotę chwycić Brama za kark i trząść nim tak długo, aż przestanie się śmiać, aż zdecyduje się mówić.

Ale przypomniał sobie znowu, że Bram to człowiek nienormalny, wyrzutek społeczeństwa, wyjęty spod prawa.

Wreszcie Bram przestał się śmiać; twarz przyoblekł w maskę niewzruszonego spokoju. Wymownym gestem kazał Filipowi zająć miejsce na saniach; on sam podszedł naprzód i stanął na czele zaprzęgu. Rozległ się świst bata, Bram przemówił do wilków parę słów w języku Eskimosów i cała karawana ruszyła w dalszą drogę.

Bram, z głową wtuloną w ramiona, sunął po śniegu na nartach w olbrzymich susach, za nim truchtem biegły wilki. W tym tempie powinni robić jakieś osiem mil na godzinę. Filip, siedząc na sankach, nie mógł oderwać oczu od szerokich, przygarbionych pleców Brama i od szarych grzbietów wilków. Ogarnęło go uczucie niewymownej litości i pożałowania dla tych pariasów życiowych, dla tego biedaka, co pospołu z dzikimi zwierzętami pędzi ciężki nad wyraz żywot, wśród pustki, milczenia i nicości.

Po jakimś czasie zwrócił spojrzenie na sanki; ciekaw był ogromnie, co się na nich mieści. Leżały tam zwinięte skóry niedźwiedzie. Widocznie Bram używał ich do okrywania się. Jedna ze skór miała zupełnie biały włos, pochodziła widocznie z niedźwiedzia polarnego. Opodal leżała ćwiartka mięsa karibu. A nieco dalej, pod ręką niemal, gruba pałka i strzelba. Strzelba ta była starego typu, odtylcówka, jednostrzałowa. Filip nie mógł się nadziwić, czemu Bram zdecydował się połamać jego własną strzelbę, nowszą, zamiast zatrzymać ją dla siebie, w miejsce tego antyku. Przyszło mu też na myśl, na jakie niebezpieczeństwo był wystawiony, kiedy wówczas, w nocy siedział na samotnym drzewie, przedstawiając doskonały cel, nawet dla takiej starej broni.

Gruba pałka, wyciosana z pniaka brzozowego, długa była na trzy stopy. W tym miejscu, gdzie zwykle opierała się na niej ręka Brama, drzewo było wytarte, świecące i przesiąknięte tak tłuszczem, że miało barwę zupełnie czarną, jak heban. Przeciwny koniec, cały poszczerbiony, nosił wyraźne ślady potężnych uderzeń i plamy poczerniałej krwi. Na sankach nie było żadnych przyborów kuchennych ani innych wiktuałów, prócz mięsa z karibu. Tylko na samym tyle przyczepiona duża wiązka gałęzi świerkowych, spośród których sterczała rękojeść siekiery, z grubsza zaledwie ociosana.

Skóra z białego niedźwiedzia i strzelba przyciągały specjalnie uwagę Filipa. Strzelba! Wystarczyło przechylić się tylko trochę, by ją ująć w rękę. Wykluczone przecież, aby nie mógł trafić w szerokie plecy Brama, jakby nastawione umyślnie na strzał! Widocznie Bram zapomniał o tej pozostawionej strzelbie. A może... może pod opieką wilków czuł się dostatecznie bezpieczny?... A może... zaufał naprawdę Filipowi? To ostatnie przypuszczenie najsilniej jednak przemawiało mu do przekonania. Bo tak, prawdę mówiąc, nie miał najmniejszej ochoty wyrządzić Bramowi krzywdy. Nie myślał również o ucieczce. Zapomniał o tym, że składał przysięgę, że jest sługą Sprawiedliwości, że obowiązkiem jego jest odstawić Brama, żywego czy umarłego, do Głównej Kwatery Policji. W jego oczach Bram nie był już zbrodniarzem, lecz człowiekiem naprawdę nieszczęśliwym. I tego polowania na niego nie traktował już jako sportu, lecz jak smutny obowiązek, który musi wypełnić.

Ciągnęło go też coś nieznanego, sensacyjnego. Przypomniały mu się owe złote włosy. I gdyby nawet zamierzał ulec pokusie, posłużyć się ową strzelbą, którą sama Opatrzność chyba mu zesłała, myśl o tych włosach byłaby go powstrzymywała od wykonania tego zamiaru, bo przecież Bram i jego wilki wiodły go właśnie ku owym włosom, ku tajemnicy tej złotej sieci. Nie wątpił już w to ani trochę.

Jak długo trwać będzie ta jazda? Można było przyjąć, że Bram, kierując się w stronę Morza Polarnego, jechać będzie na wschód od Wielkiego Jeziora niewolników, wyminie Miedzianą Rzekę, by skręcić wreszcie w stronę Zatoki Koronacyjnej. Leżąca na sankach skóra z białego niedźwiedzia pochodziła ze zwierza niedawno ubitego, a te właśnie okolice obfitują w tego rodzaju zwierzynę. Do pierwszych kolonii Eskimosów było dobre pięćset mil; przestrzeń, którą Bram ze swymi wilkami może przebyć w ciągu ośmiu do dziesięciu dni.