Jeżeli przypuszczenie to było trafne, dużo rzeczy znalazłoby wtedy swoje wytłumaczenie. Owa młoda kobieta, właścicielka złotej kosy11, mogła być żoną lub córką kapitana okrętu, który wyruszył w te strony na połów wielorybów. Okręt zapewne rozbił się wśród lodów, a załogę wyratowali Eskimosi. I ona obecnie, razem z innymi białymi ludźmi, znajduje się wśród Eskimosów. Lepiej było w każdym razie przyjąć to przypuszczenie, niż myśleć, że znajduje się ona w mocy Brama.
Całym wysiłkiem woli starał się wmówić w siebie, że tak było istotnie. Przecież to drugie przypuszczenie było po prostu potworne, straszne! Kobieta z takimi włosami, podobnymi do nitek szczerego złota, w mocy tego olbrzyma, półwariata! Cóż za potworna para!
Puściwszy tak wodze swym myślom, Filip zaciskał z wściekłości pięści. Przychodziła mu szalona ochota zeskoczyć z sanek, rzucić się na Brama, powalić go na ziemię i przydusić kolanem, aż wydrze z niego całą pawdę. Ale nie! Należało właśnie hamować się i przez zręczną dyplomację dojść do upragnionego celu.
Z pomocą swej busoli Filip kontrolował przez godzinę kierunek ich jazdy. Jechali ciągle na północ. Potem Bram również zajął miejsce w saniach. Stanął z tyłu, poza Filipem, poganiając energicznie wilki długim batogiem. Wilki popędziły galopem. W tym tempie powinni byli, wedle obliczeń Filipa, robić przeszło dziesięć mil na godzinę.
Podczas gdy sanki sunęły po śnieżnej równinie, Filip próbował kilkakrotnie nawiązać rozmowę, ale na próżno. Bram nic mu nie odpowiadał. Od czasu do czasu tylko krzyczał na wilki w narzeczu Eskimosów, trzaskał z bicza, to znów wymachiwał ramionami, wybuchając owym niesamowitym śmiechem.
Minęły w ten sposób dalsze dwie godziny. Bram rzucił krótki rozkaz i sanie nagle stanęły. Następny był długi i rzucony tonem brutalnie energicznym, zaświstał groźnie batog, i wilki zdyszane przyległy brzuchami do śniegu.
Filip zeskoczył z sanek, Bram tymczasem nachylił się nad strzelbą. Klęcząc na sankach, wskazał na nią palcem, mówiąc równocześnie głosem najzupełniej spokojnym i normalnym:
— Pan nie ruszać tej strzelby?... Dlaczego pan nie strzelać do mnie, kiedy byłem tam na przodzie, razem z wilkami?
— Dla tego samego powodu, dla którego i ty mnie nie zabiłeś w czasie mego snu — odparł Filip. A chwytając Brama za ramię, mówił dalej gorączkowo:
— Czemuż, do licha, taki jesteś tajemniczy? Czemu nic nie mówisz? Przecież obecnie nie myślę cię wcale ścigać. Policja pewna jest, że już od dawna nie żyjesz, a ja nie mam zupełnie ochoty cię zdradzić. Czemuż nie pogadasz ze mną po ludzku? Dokąd my idziemy? I dlaczego do licha...