Nie skończył zdania. Bram odchylił w tył głowę, od ucha do ucha rozdziawił usta i począł się śmiać. Ale nie był to tym razem śmiech złośliwy, szaleńczy. Nie, Bram śmiał się naprawdę, zupełnie naturalnie, wesoło, zarażając i Filipa swą wesołością. Podniósł strzelbę i otworzył ją przed oczami Filipa. W strzelbie nie było ani jednego naboju.
Filip stał jak wryty. Zatem Bram rozmyślnie wystawił go na próbę, podsuwając mu pokusę pod rękę!
Było to sprytnie obmyślane. Podstęp, na jaki zdobyć się może tylko człowiek mający zupełnie zdrowy rozum. Ale oto już oczy Brama stawać zaczęły się mętne i błędne. Już opadło go szaleństwo, pogrążając w mrokach nocy jego umysł.
Bram odłożył na bok strzelbę, wydobył duży nóż i począł kroić nim na duże kawały mięso karibu. Widocznie uważał, że nadeszła pora wspólnego posiłku. Każdemu wilkowi rzucał po kolei kawał mięsa. Dla siebie odciął również spory kawałek, który pożarł na surowo. Noż pozostawił utkwiony w mięsie, dając w ten sposób Filipowi do zrozumienia, że i on może sobie ukroić kawałek.
Filip usiadł obok Brama, otworzył swój worek i zaczął wydobywać z niego zapasy żywności. Rozkładał je między Bramem a sobą, aby Bram mógł wziąć to, na co mu przyjdzie ochota.
Bram przestał nagle ruszać szczękami. Kiedy Filip spojrzał na niego, zadrżał z trwogi. Bram z oczami nabiegłymi krwią, wpatrywał się z natężeniem w leżące przed nim wiktuały.
Wyciągnął rękę, chwycił kawałek placka owsianego. Już, już, otwierał usta, by go ugryźć, kiedy znienacka rzucił mięso i placek, i z dzikim rykiem skoczył na Filipa. Zanim w ogóle Filip zdążył pomyśleć o obronie, zanim zdołał zdać sobie sprawę z tego co zaszło, już leżał na ziemi, przytłoczony ciałem Brama, który chwycił go gwałtownie za gardło. Uderzył głową o twardy śnieg tak gwałtownie, że na chwilę zupełnie go zamroczyło.
Kiedy wreszcie dźwignął się z ziemi, przygotowany na ponowny atak, Bram już nie zwracał na niego uwagi.
Mamrocząc coś niezrozumiale, przeglądał kolejno wszystkie zapasy żywności Filipa. Potem, ciągle coś mrucząc, przysunął sobie skóry niedźwiedzie, leżące na saniach, rozwinął je i wydobył ze środka szary, obdarty, postrzępiony worek. W worku tym, jak Filip zauważył, mieściło się kilka małych paczek, owiniętych ni to papierem, ni to korą brzozową. Jedną z paczek poznał po opakowaniu: było to pół funta herbaty, zupełnie takiej samej, jaką kompania Zatoki Hudsona sprzedaje lub wymienia za skóry we wszystkich swych faktoriach.
Teraz Bram chował do swojego worka wszystkie bez wyjąku wiktuały, aż do ostatniej okruszyny. Kiedy skończył, schował worek między skóry niedźwiedzie i ułożył je z powrotem na saniach. A potem, mrucząc coś, usiadł spokojnie i zabrał się z powrotem do swej porcji surowego mięsa.