— Biedaczysko! — pomyślał Filip.
Nie gniewał się nawet zbytnio na Brama, jakkolwiek głowa go jeszcze bolała. W oczach tego potwora wyczytać można było głód i nieodparte pożądanie na widok tych zapasów żywności, smacznej, pożywnej, naprawdę godnej ludzi. A jednak nie tknął niczego. Wszystko starannie schował. Dlaczego? Jedno tylko nie ulegało wątpliwości, gdyby Filip miał zamiar odebrać mu swą własność, na pewno przypłaciłby to życiem.
Bram był pozornie zupełnie obojętny i spokojny, ale kiedy Filip odkroił sobie kawał mięsa karibu, zaczął go uważnie obserwować. Filip zanurzył zęby w surowym mięsie tak, by mu udowodnić, że nie czuje najmniejszego żalu, że mu to obrzydliwe jedzenie niesłychanie smakuje.
Nie zdążył się jeszcze załatwić z tym prymitywnym surowym rozbefem, kiedy Bram, skończywszy jedzenie, wstał i nie czekając dłużej, ostrym krzykiem dał sygnał do dalszej drogi. Wilki zerwały się, a Filip zajął znów miejsce na saniach, tak że Bram był z tyłu.
I rozpoczęła się na nowo prawdziwie piekielna jazda, której Filip nie zapomniał do końca życia. Bram kierował zaprzęgiem, stojąc na saniach z tyłu; od czasu do czasu jednak zeskakiwał na ziemię i biegł za saniami albo na czele zaprzęgu. Wilki pędziły jak wicher, nie zatrzymując się i nie odpoczywając w ogóle. Czasem tylko, gdy były zmęczone, zwalniały, ale Bram popędzał je naprzód ostrym krzykiem i świstem batoga. Powłoka śnieżna była tak twarda i zamarznięta, że narty stały się zupełnie bezużyteczne. Filip sześć razy zeskakiwał z sanek i dla rozgrzania się biegł razem z Bramem i wilkami, aż do utraty tchu.
Po południu spojrzał na busolę i stwierdził, że posuwają się już nie na północ, lecz w kierunku zachodnim. Odtąd, co kwadrans, sprawdzał za pomocą busoli kierunek jazdy, który jednak nie uległ żadnej zmianie. Nietrudno mu było zauważyć, że Bram zaczął pędzić w tym szalonym tempie dopiero od momentu, kiedy zabrał mu jego zapasy żywności. Widocznie miał on w tym względzie jakieś plany, czego domyśleć się było można zarówno z jego zachowania się, jak i nieustannego, niezrozumiałego mamrotania pod nosem przez całą drogę.
Zaczęło się już ściemniać, kiedy nareszcie zatrzymali się. Człowiek-wilk, zdawało się, że na chwilę odzyskuje pełnię rozumu. Wskazał Filipowi palcem na wiązkę drzewa, leżącą na sankach, mówiąc zupełnie naturalnym głosem:
— Rozpalić ogień, monsieur!
Wilki, zupełnie wyczerpane, ułożyły się w zaprzęgu, opierając swe włochate łby na przednich łapach. Bram obszedł kolejno wszystkie, do każdego z osobna przemówił parę słów w swym narzeczu. Potem znów zapadł w zwykłe milczenie. Na kawałku drąga umocował prymitywny worek sporządzony ze skóry niedźwiedziej. Worek napełnił śniegiem, wieszając go nad wiązką gałęzi. Filip zapalił zapałkę i wkrótce zabłysło wesołe ognisko.
— Ile mil drogi zrobiliśmy? — spytał Filip.