— Pięćdziesiąt mil — odparł Bram bez namysłu.

— A ile jeszcze mamy przed sobą?

W odpowiedzi dało się słyszeć tylko głuche mruczenie. Bram stał, z tępym wyrazem twarzy, trzymając w ręku ów nóż, którym kroił mięso karibu. Utkwił oczy w Filipa.

— Ja zabić człowieka — mówił powoli — bo mi ukradł ten nóż i nazwać mnie kłamcą. Ja go zabić! Och tak!

I chwyciwszy w rękę grubą gałąź, złamał ją.

Zarechotał strasznym śmiechem, podszedł do sanek i odciął nożem kilka dużych kawałów mięsa dla siebie, Filipa i swych braci-wilków. Filip starał się wszelkimi sposobami wciągnąć go w rozmowę. Śmiał się, gwizdał, próbował nawet zanucić kilka wierszy z owej „Pieśni o Karibu” znanej w całym Northland, którą Bram z pewnością słyszał już niejednokrotnie. Przypiekając mięso nad ogniem, opowiadał mu o Barrenie, o całych stadach karibu, z którymi spotkał się na wschodzie. Zadawał Bramowi pytania, pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu wśród pustkowia Barrenu, o wilkach i o tych stronach, zupełnie jemu nieznanych. Widać było, że Bram słuchał go z całą uwagą, ale nic nie mówił. Od czasu do czasu tylko z jego piersi wydobywał się głuchy pomruk.

Zjedli mięso; musieli jednak czekać dobrą godzinę, zanim śnieg znajdujący się w worku skórzanym roztopił się i zamienił w wodę. Napili się sami i napoili wilki.

Tymczasem zapadła noc. Przy blasku ogniska Bram wykopał sobie w śniegu dużą dziurę, zastępującą mu łóżko. Na wierzch położył sanki, robiąc z nich rodzaj namiotu.

Filip rozłożył swoje łóżko polowe, okrywając je z wierzchu płótnem. Wkrótce rozległo się głośne chrapanie Brama. Ognisko wygasło zupełnie. Filip przez długi czas nie mógł usnąć, w końcu jednak błogosławiony sen spłynął mu na powieki, pozwalając zapomnieć o wszystkich troskach i kłopotach.

Spał jeszcze w najlepsze, kiedy nagle ciężka dłoń spoczęła mu na ramieniu. Poczuł gwałtowne szarpanie — otworzył oczy.