— Wstawać, monsieur — zabrzmiał mu nad uchem glos Brama.
Noc była tak ciemna, że nie mógł go dojrzeć. Zerwał się szybko. Słysząc, jak Bram coś mówi do wilków, zrozumiał, że ruszają w dalszą drogę. Zwinął swój namiot, złożył go razem z łóżkiem na sanie i zapaliwszy zapałkę, spojrzał na zegarek. Było zaledwie piętnaście minut po północy.
Aż do godziny drugiej w nocy jechali wśród zupełnej ciemności, ciągle w kierunku zachodnim. Potem na niebie rozbłysły gwiazdy, stopniowo coraz liczniejsze, siejąc delikatną światłość na śnieżną równinę. Filip co pewien czas zapalał zapałki, by spojrzeć na busolę i zegarek.
Około godziny trzeciej rano natknęli się na mały lasek, co Filipa ogromnie zadziwiło. Te kilkadziesiąt karłowatych świerków, dziwacznie powykręcanych od wichru, zajmowało nie więcej jak pół akra przestrzeni. Ale były one niewątpliwie zapowiedzią jakiegoś większego lasu.
Rzeczywiście, po upływie niespełna godziny, kiedy cała karawana skręciła z powrotem na północ, w śnieżne ostępy Barrenu, ujrzeli rysujące się kontury zarośli. Najpierw natknęli się na drzewa dość rzadko rosnące, w miarę jednak posuwania się w głąb, las stawał się coraz gęstszy, a drzewa coraz grubsze i wyższe. Ujechali w ten sposób osiem do dziewięciu mil. I nagle w szarym mroku wstającego dnia ujrzeli stojącą w oddali samotną chatkę.
Serce Filipa zabiło żywiej. Ale rozczarował się szybko. Chata musiała być zupełnie pusta; drzwi wejściowe zasypane niemal zupełnie zwałami śniegu, z komina nie wychodził dym. Zatrzymali się tu na chwilę i znów Bram dał sygnał do dalszej jazdy, trzaskając głośno z bata. Wilki pędziły dalej, a przez las niosło się echo złowrogiego śmiechu Brama.
Zniknął za nimi ów pusty domek, zasypany śniegiem. Filip jednak był pewien, że koniec podróży już musi być niedaleko. Wilki ledwo dyszały; Bram również gonił ostatkiem sił. Filip wpatrywał się przed siebie z wciąż rosnącym zainteresowaniem.
Minęły dalsze dwie godziny od chwili, gdy wyruszyli spod owej opuszczonej chatki. Była godzina ósma rano, kiedy sanki wyjechały z lasu na rozległą polanę. W środku tejże stała znów samotna chatka. Już na pierwszy rzut oka Filip doszedł do wniosku, że chatka ta musiała być przez kogoś zamieszkana. Z komina snuła się w górę wąska smuga dymu.
Z całej chaty widać było właściwie tylko sam dach, zbudowany z bierwion drewnianych, a otoczona była palisadą wysoką na osiem stóp. Bram zatrzymał zaprzęg na parę kroków od znajdującej się w palisadzie furtki. Wsunąwszy rękę w specjalnie zrobiony otwór, odsunął umieszczoną wewnątrz zasuwkę. Furtka otworzyła się.
Filip zauważył na twarzy Brama dziwne zmiany. Zniknął z niej ów wyraz brutalnej, zwierzęcej obojętności. Oczy błyszczały mu dziwnie, a z rozchylonych ust wypadały jakieś niezrozumiałe słowa. Dyszał gorączkowo, nie tyle ze zmęczenia, lecz pod wpływem jakiegoś silnego wzruszenia.