Filip milczał, obserwując go bacznie. Z tylu dochodziło go skomlenie wilków, czekających niecierpliwie, aż Bram zdejmie z nich uprząż i puści je na wolność. Filip zaciskał kurczowo pięści; czuł złość i dziwny ból, patrząc na twarz Brama, jaśniejącą wewnętrzną radością.
Bram nie raczył nawet spojrzeć na niego. Wpatrywał się w chatkę i w ów unoszący się dym z komina. Nagle zwrócił się do Filipa:
— Monsieur, trzeba iść do chaty!
Otworzył furtkę. Filip szedł poza palisadą i przystanął, niepewny, co Bram zamyśla dalej robić.
Człowiek-wilk wskazał ręką chatę:
— Do zagrody wpuszczam wilki, monsieur.
Filip zrozumiał. Owa „zagroda”, o której mówił Bram, było to miejsce otoczone palisadą. Tu widocznie wilki stale przebywały, a Bram chciał mu dać do zrozumienia, że powinien wejść do chaty, zanim jeszcze wilki, wyprzężone, wpuszczone zostaną do zagrody.
Całym wysiłkiem woli starał się opanować wzruszenie i wydawać się spokojnym. Od furtki do drzwi chaty wiodła wąska ścieżka, wydeptana nogami. A z tych drobnych odcisków mokasynów nie trudno było odgadnąć, że ścieżkę ową wydeptały nogi kobiece. Filip starał się wmówić sam w siebie, że w chacie znajduje się zapewne jakaś Indianka, która prowadzi Bramowi gospodarstwo... A może młoda Eskimoska, którą sprowadził sobie tu gdzieś spod bieguna...
Przeszedł po wydeptanej ścieżce aż do drzwi wejściowych. Nie pukając wszedł do środka, drzwi zamknęły się za nim.
Wówczas Bram, odrzucając w tył swą ogromną głowę, wybuchnął triumfującym śmiechem. Śmiechem tak doniosłym i przeraźliwym, że nawet wilki, mimo całego zmęczenia, zerwały się na nogi, nastawiając uszu.