W tej samej chwili Filip odkrył w chacie tajemnicę owej złocistej sieci.
Rozdział IX. Pierwsze spotkanie z nieznajomą
W chatce było tylko jedno okno, wychodzące na wschód. Zaglądało przez nie blade zimowe słońce, rzucając swe blaski na przeciwległą ścianę. A tam, w tej ścianie, mieściły się drzwi. W drzwiach stała młoda dziewczyna, oblana promieniami słońca, niby w aureoli swych złocistych włosów, tych samych włosów, z których upleciona była owa zagadkowa siatka. Włosy rozplecione spadały kaskadą na jej ramiona, piersi, sięgając aż do ud. Wyglądała cała jak żywy płomień, okryta błyszczącymi puklami, na których kładły się promienie słońca.
Takie było pierwsze wrażenie, jakie odniósł Filip na jej widok. Drugie to takie, że pewnie przeszkodził jej w porannej toalecie. Stała bez ruchu, jak oniemiała ze zdumienia, przypatrując się mu uporczywie. Spod bujnych włosów wychylały się ramiona śnieżnej białości.
Potem zwrócił oczy na jej oblicze. Poczuł, jak krew mu mrozi się w żyłach. Na pięknej, lecz trupio bladej twarzyczce malowały się wyraźnie ślady przebytych tortur i udręczeń. Dziewczyna była młoda, mogła liczyć najwyżej dwadzieścia lat. Oczy miała koloru fioletowego, jak ametysty. Takich oczu Filip nigdy jeszcze nie widział. W oczach tych wyczytać było można całe piekło przeżytych już mąk i trwogę przed tym, co ją jeszcze czeka.
— Proszę się niczego nie lękać — przemówił Filip łagodnym głosem. — Nazywam się Filip Brant, należę do Lotnej Policji z Royal North-West.
Dziewczę nic na to nie odpowiedziało. Filip nie zdziwił się zbytnio, bo i cóż więcej mogła mu powiedzieć? Z oczu jej można było wyczytać od razu tragiczną historię jej niewoli. Choć, prawdę mówiąc, czułby się bardzo szczęśliwym, gdyby raczyła otworzyć usta i powiedziała cokolwiek. Co zaś tyczy się jego samego, jedno tylko wiedział na pewno: zabije Brama, gdy nadejdzie właściwa chwila.
Powtórzył ponownie swe słowa poprzednio wymówione. Z ust młodego dziewczęcia wyrwało się głębokie westchnienie. Ale oczy zachowały nadal swój wyraz przerażenia. Nagle podbiegła do okna. Chwyciła się kurczowo ramy i przechylona do przodu, wpatrywała się z ogromnym przejęciem. Bram właśnie zaganiał swoje wilki do zagrody. Po chwili odwróciła głowę, spojrzała na Filipa, w oczach jej malowało się przerażenie, coś podobnego do lęku zwierzęcia wobec groźnego mu bata. Filip zdziwił się i przestraszył nawet. Podszedł o krok bliżej. Wówczas młoda dziewczyna rzuciła się gwałtownie do tyłu, zasłaniając się obnażonym ramieniem, a z jej piersi wyrwał się przenikliwy krzyk.
Na ten krzyk Filip stanął jak wryty. Przemówiła! A on nie zrozumiał tego, co chciała mu powiedzieć. Rozchylił szeroko poły płaszcza, odsłaniając przymocowaną na bluzie brązową odznakę policyjną. Ten widok napełnił dziewczynę niewymownym zdziwieniem. Teraz dopiero zorientował się Filip, że zlękła się go; bo rzeczywiście zaniedbany, nie ogolony od ośmiu dni, musiał wyglądać nie wiele lepiej od Brama. Uspokoiła się widocznie, gdy ujrzała na jego piersiach odznakę policyjną.
— Nazywam się Filip Brant — powtórzył — należę do Lotnej Policji z Royal North-West. Umyślnie przybyłem tutaj, aby pomóc pani, o ile zajdzie tego potrzeba. Mogłem już dawno zaaresztować Brama, zabić go nawet. Ale nie uczyniłem tego, właśnie ze względu na panią. Czemu pani znajduje się tutaj, w towarzystwie szaleńca i mordercy?