Patrzyła na niego z ogromną uwagą, na bladą dotychczas twarzyczkę wystąpiły silne rumieńce. Widział, jak w oczach jej gasł lęk i trwoga, a budziły się iskry rosnącego zainteresowania. Z oddali słychać było głos Brama i ujadanie wilków. I nagle zaczęła mówić, szybko i gorączkowo. Ale mówiła jakimś językiem Filipowi zupełnie nie znanym. Wydał mu się ten język równie zagadkowym, jak zagadką była w ogóle obecność tej młodej i pięknej dziewczyny w chacie Brama.
Wiedziała, że Filip nie może jej zrozumieć Nagle podeszła ku niemu, kładąc mu palec na ustach — po czym przyłożyła palec do swych ust, potrząsając znacząco głową. Filip domyślił się, że w ten sposób chciała mu dać do zrozumienia, iż mają sobie wzajemnie dużo do opowiadania, że jednak nie mogą się porozumieć, bo mówią każde innym językiem. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, stał bezradny, nie spuszczając z niej oka.
W tej chwili dały się słyszeć za drzwiami ciężkie kroki Brama. Pociemniały od razu błyszczące żywo oczy dziewczęcia. Gwałtownym ruchem odgarnęła włosy i pobiegła do sąsiedniego pokoju.
Zaledwie tam weszła, otworzyły się drzwi. Wszedł Bram, dźwigając ciężki ładunek, który zdjął z sań. Rzucił to wszystko na podłogę i nie zwracając uwagi na Filipa, utkwił wzrok w zasłonie odgradzającej pokoje. Filip obserwował zachowanie się Brama. Obaj milczeli, stojąc bez ruchu. Ciszę przerywały tylko kroki młodego dziewczęcia kręcącego się w przyległym pokoju.
Sercem Filipa miotały sprzeczne uczucia. Gdyby miał broń pod ręką, na pewno załatwiłby się od razu z Bramem, w którego oczach błyszczało dziwne światło, usprawiedliwiające najgorsze podejrzenia Filipa. Prawda, nie miał żadnej broni. Ale rozglądając się po pokoju spostrzegł leżącą opodal pieca wiązkę drzewa. Zrozumiał, że w razie czego wystarczy schylić się i wybrać jakieś grube, mocne polano... i to mu wystarczy.
Uchyliła się zasłona — w drzwiach stanęła młoda dziewczyna, z uśmiechem na twarzy, z rozjaśnionymi oczami. Patrzyła na Brama, do niego śmiała się najwyraźniej. Podziałało to na Filipa jak uderzenie biczem. Wyciągnęła ramiona i zaczęła mówić do Brama.
Filip nie mógł zrozumieć ani jednego słowa z tego, co mówiła. Nie był to język francuski, ani niemiecki, ani angielski; nie było to narzecze Chippewayów czy Eskimosów. Mówiła głosem łagodnym i zupełnie czystym; z początku tylko wyczuć w nim można było pewne drżenie. Oczy spoglądały jasno, wesoło, nie było w nich ani śladu owego lęku, który Filip poprzednio dwukrotnie zauważył. Włosy zaplotła i uczesała starannie; wyglądała, jakby żywcem zeszła z jakiegoś portretu kobiety, nie pochodzącej w żadnym razie z Północy.
Człowiek-wilk zmienił się najzupełniej. Oczy jaśniały mu szczęściem, wargi poruszały się bezdźwięcznie, jakby po cichutku powtarzał sobie wszystko to, co mówiła mu młoda dziewczyna. Przypominał poczciwe duże psisko, nadstawiające kark pod pieszczoty swego pana.
Czyżby ją rzeczywiście rozumiał? Czyżby znał ten dziwny język? Filip zapytał się w duchu, jaka właściwie rola jemu samemu przypadła w tym wszystkim. Młode dziewczę zdawało się naprawdę być szczęśliwe. Co z tego wszystkiego wyniknie?
Kiedy skończyła mówić, człowiek-wilk odpowiadał jej tylko jakimś gardłowym okrzykiem, w którym brzmiała nuta triumfu. Przyklęknął na ziemi koło swojego szarego worka i mamrocząc coś niezrozumiale, zaczął wyrzucać jego zawartość na podłogę.