Urwał, jakby oczekując odpowiedzi. Ale odpowiedzią był tylko uśmiech, uśmiech dziwnie słodki i miły. Opanowało go dziwne wzruszenie. Nie bacząc na to, że Bram może lada moment wejść, ujął w obie dłonie jedną rączkę dziewczęcia, ściskając ją mocno.

— Nie rozumie pani ani słóweczka z tego, co mówię — prawda? Ani słóweczka! Nic nie szkodzi; powolutku dojdziemy do porozumienia. To jedno wiem już na pewno, że od czasu, jak spadłaś tutaj z księżyca, nie jadłaś na śniadanie, obiad i kolację nic innego, prócz mięsa dzikich zwierząt, upolowanych przez Brama. I kto wie, może nawet bez woli zupełnie! Miałaś wielką ochotę rzucić się na te prowianty przywiezione przez Brama. I zagadaliśmy się tak, że zapomnieliśmy oboje o najważniejszym, chodźmy zatem na śniadanie!

Poprowadził ją do pierwszego pokoju, ku leżącym na podłodze wiktuałom. Pomagała mu je zbierać. Wydobył mały garnuszek, wrzucił weń porcję suszonych płatków ziemniaczanych i zabrał się do przyrządzania tej potrawy na piecu.

— Mówiliśmy więc — podjął na nowo — że Bram traktuje panią z całym szacunkiem... Uff! Jaką mi to sprawia ulgę! Nie ma pani pojęcia, jak mnie to cieszy! A jestem pewny, że gdyby tak nie było naprawdę, nie powstrzymałabyś mnie, kiedy chciałem roztrzaskać głowę temu potworowi. To jasne jak słońce.

Odwrócił oczy od pieca i spojrzał na nią. Śliczna była naprawdę.

Włosy rozplotły się jej i opadły na ramiona. Nigdy by nie uwierzył, aby włosy kobiece mogły być tak jedwabisto lśniące i mieć taki złocisty odcień.

Nagle przyszedł mu nowy pomysł do głowy. Uderzając się pięścią w piersi, powtórzył kilkakrotnie:

— Nazywam się Filip Brant — Filip Brant — Filip Brant.

Za każdym razem wskazywał wymownie palcem na siebie samego.

Rozjaśniło się oblicze młodej dziewczyny. Pękła wreszcie dzieląca ich dotąd zapora.