A Bram śmiał się dalej. Podszedł powoli do pieca i zaczął poprawiać ogień. Spojrzenie Filipa przeniosło się od filetowych oczu dziewczęcia, patrzących nań z niemą prośbą, na olbrzymią postać Brama, pochylonego przy ognisku. Zacisnął odruchowo pięści. Sposobność była znakomita. Jednym susem dopadnie tego szaleńca, chwyci go krzepko za gardło, przydusi. W tej pozycji walka będzie łatwiejsza, a szanse Filipa co najmniej równe.

Ale młode dziewczę powstrzymało go i tym razem. Zanim zdążył się ruszyć, wpiła mu palce w ramię i odciągnęła na bok, jak najdalej od Brama, szepcząc coś półgłosem w swym niezrozumiałym języku. Tymczasem Bram wstał, ujął w ręce wiadro i nie patrząc nawet na nich, opuścił chatę.

Zapadło nieco kłopotliwe milczenie. W duszy Filipa budziły się znowu podejrzenia; nie mógł zrozumieć, dlaczego ona tak uporczywie broni Brama, nie pozwalając zrobić mu żadnej krzywdy. Młode dziewczę chwyciło go za rękę. Poprowadziła go za sobą do owego drugiego pokoiku, służącego jej za mieszkanie.

Nietrudno było odgadnąć, co miała na myśli. Chciała mu pokazać, co Bram dla niej robił. Oto urządził jej osobny pokoik za pomocą drewnianego przepierzenia. Żeby zaś pokoik ten rozszerzyć, dobudował doń jeszcze małą przybudówkę, przyczepioną do ściany chaty. Drzewo, z której przybudówka ta i drzwi wewnętrzne były zrobione, było jeszcze zupełnie świeże, nie wyschnięte. Całe umeblowanie pokoju składało się z prymitywnie wyciosanego stołu i krzesła; za posłanie służyło kilka sztuk skór niedźwiedzich. Na ścianie wisiało trochę ubrania, między nimi czapeczka futrzana i gruby sukienny płaszcz, przepasany czerwoną wstążką. Na stole leżał mały pakiecik, starannie owinięty.

— Tak, tak, rozumiem już — monologował Filip, wpatrując się w ametystowe oczy dziewczęcia. — Chce mi pani dać do zrozumienia, że nie powinienem robić Bramowi Johnsonowi żadnej krzywdy. Chce mi pani wmówić, że ten bydlak nigdy pani nie dotknął, że nigdy nie żądał żadnej zapłaty za oddawane usługi. Czemuż w takim razie pobladła pani przedtem jak płótno? Prawda, jak widzę, trwoga już minęła. Twarzyczka pani znowu jest różowa i cacana, aż miło patrzeć. No, niechże mi pani to wszystko wytłumaczy...

Słuchała go uważnie, kołysząc lekko swym smukłym, zgrabnym ciałem, oczy błyszczały jej dziwnie.

— Tak, tak, kpi sobie pani po trochu ze mnie — ciągnął dalej z uśmiechem. — Przynajmniej na parę minut, prawda? A może i ja dostałem bzika, podobnie jak Bram? Przyzna pani, że nieczęsto zdarzają się podobne przygody... Wyruszyłem w pościg za Indianami. Natknąłem się na wariata. A w chacie wariata, kogóż znajduję? Panią! Wydawałaś mi się w promieniach słońca jak anioł, stojący u bramy piekieł. Nie rozumie pani, co mówię, prawda? Nic nie szkodzi... Chcę panią oswobodzić od tego wariata. Nie pozwalasz... Ręce mi po prostu opadają! Żebym tak miał z czego, dałbym chętnie milion dolarów, byleby zmusić Brama do powiedzenia mi wszystkiego. Nigdy pani nawet nie tknął? Mój Boże, jakże bym pragnął w to wierzyć!

Z zachowania się młodej dziewczyny poznać można było, że stara się wyczytać z oczu Filipa jego myśli, odgadnąć sens jego słów.

Filip ciągnął dalej:

— Znajdujesz się w oddaleniu jakichś tysiąca pięciuset mil od wszelkich istot ludzkich... I to z takimi oczami i z włosami tak złotego koloru!... Gdyby Bramowi zachciało się mówić, na pewno objaśniłby, że spadłaś tu prosto z księżyca, aby się nim opiekować i robić porządek w jego chatce. No, jakże? Nie może mi pani dać zupełnie żadnych objaśnień? Kim jesteś i skąd się tu wzięłaś?