W pierwszej chwili Filip i Celia byli pewni, że to człowiek-wilk, wróciwszy ze swej wyprawy, wydał ów groźny ryk pod drzwiami chaty. Ale nie, to burza ryczała.

Wicher przycichł, jakby już wyczerpany. Cisza nastała taka, że Filip i Celia, słyszeli przyspieszone bicie swych serc. Potem Celia, widząc, że niepotrzebnie się przelękli, przytuliła się do Filipa i wybuchnęła śmiechem.

— Tak jest, to tylko burza — szepnął Filip uspokajająco. — Nigdy jeszcze nie słyszałem podobnego ryku. Nawet wilki zawyły z trwogi.. A i ty przestraszyłaś się porządnie. Wiesz co, zapalimy świeczki Brama, dobrze?

Poszli oboje, trzymając się za ręce, do miejsca, gdzie Bram przechowywał świeczki, sporządzone własnoręcznie z niedźwiedziego sadła. Celia wydobyła dwie świeczki i podała Filipowi. On je zapalił.

Migocące ich światełka odbijały się w oczach Celii, niby w zwierciadle. Patrząc na te błyszczące źrenice, spoglądające na niego tak wymownie, Filip miał ochotę porwać Celię w swe objęcia i uścisnąć ją znowu serdecznie. Ale Celia odwróciła się od niego i podeszła do stołu, gdzie postawiła obie świece. Filip wydobywał z kryjówki jedną świecę po drugiej, aż do ostatniej. Dwanaście światełek rozjaśniło ciemności w pokoju. Zbytek to był i lekkomyślność, ale Filip był zdania, że należało choć w ten spsób udokumentować swą radość.

Czuł się szczęśliwy. Celia wiedziała już, że on ją kocha, nie mogła w to wątpić. A z oczu jej czytał, że ufa mu. Zadowolony był prawie, że ów straszny ryk wichury wyrwał ich w samą porę z tej ekstazy miłosnej, w jaką zapadli. Teraz może przynajmniej śmiało spojrzeć jej w oczy: nie nadużył zaufania, jakim go obdarzyła.

Tego długiego pocałunku, który złączył ich usta, Celia nie żałowała. Czytał to z jej oczu. Ale po lekkim drżeniu jej ciała, po rumieńcu, który okrasił jej twarzyczkę, domyślił się, że i ona myślała o tym samym, co on.

Gruba, złocista kosa spłynęła falą na piersi; w migocącym blasku świeczek lśniły jej włosy, niby płynne złoto. Ujął je ostrożnie w dłonie i przycisnął do ust.

— Kocham cię — szeptał. — Kocham.

Stał tak przez chwilę z głową pochyloną, kryjąc twarz całą w tej złocistej kaskadzie. Celia nie broniła się. Drżącym trochę głosem coś mówiła... Potem wzięła płaszcz Filipa, leżący na krześle, podeszła do okna i zasłoniła je płaszczem, wskazując palcem na płonące świeczki.