Ach, te zawieje śnieżne Barrenu! Nigdzie, na całym świecie nie spotkasz czegoś podobnego. Nigdzie burze nie wyją podobnymi głosami, przypominającymi do złudzenia głosy ludzkie.
Filip nasłuchał się ich już nieraz. Słyszał już te przenikliwe jęki i kwilenia podobne do płaczu tysięcy małych dzieci. Słyszał w ciemnościach burzy opętańcze chichoty i ryki szaleńców, krzyki niewidzialnych ludzi, rozpaczliwe szlochanie kobiet. Niejeden człowiek oszalał od tego. Podczas długiej nocy zimowej, kiedy słońce znika na przeciąg pięciu miesięcy, nawet Eskimosi tracą rozum i pod wpływem takich burz śnieżnych mordują się wzajemnie.
Burza z wichrem szalała pod samotną chatką. Zrobiło się tak ciemno, że Filip nie widział nic więcej, prócz bladej twarzy młodego dziewczęcia. Ale czuł dobrze drżenie jej ciała, gdy tuliła się do niego. I zdawało mu się, że znają się oboje nie od dzisiaj, lecz już od dawna, od bardzo dawna, że należą do siebie ciałem i duszą już od wielu, wielu miesięcy.
Rozchylił ramiona. Celia rzuciła się w nie, wyczerpana i załamana zupełnie. Przytulił ją do siebie... mocno... jeszcze mocniej, szepcząc:
— Niczego się nie lękam... Nic nas nie zmoże... nic... nic... nic...
Wszystko mieściło się w tych kilku prostych słowach. Powtórzył je kilkakrotnie, przyciskając Celię do piersi, aż uczuł na swym sercu bicie jej serca.
Obróciła ku niemu głowę i nagle Filip poczuł na swych ustach dotknięcie jej gorących warg. Zamarli oboje w długim, mocnym pocałunku; Celia nie broniła się, nie próbowała nawet odsunąć się od niego.
— Nic nas nie zmoże, ukochana... nic... nic... — powtarzał Filip, szlochając niemal z radości.
A kiedy to mówił, cała chatka zatrzęsła się w posadach od gwałtownego wichru, który niby taranem uderzał o drzwi. Prawie natychmiast rozległ się jakiś ryk straszny, nieludzki, któremu zawtórowało przeciągle wycie wilków Brama Johnsona.