Rzucił okiem na zagrodę i wilki. Wilki wydawały się jakieś spokojniejsze, rozproszyły się po całym podwórzu. Wywnioskował z tego, że Eskimosi widocznie musieli się oddalić. Dopiero teraz uświadomił sobie, że owe bestie, których chciał się koniecznie pozbyć, były dla nich najpewniejszą obroną. Zostało ich jeszcze siedem i na pewno dadzą mu znać o zbliżaniu się Eskimosów.

Nieprzyjaciel na początek zjawił się z pewnością w małej liczbie. Może trzech lub czterech ludzi, którzy przybyli tu raczej na zwiady.

Jeżeli rzeczywiście Bram wpadł w zasadzkę i leży obecnie martwy, przeszyty dzirytem, Kogmolloki pewni byli, że wystarczy paru ludzi, by napaść na Celię, pozbawioną wszelkiej opieki i obrony, i uprowadzić ją w triumfie. Tymczasem przekonali się, że mają do czynienia nie tylko z wilkami, ale i z jakimś obcym mężczyzną, i to w dodatku uzbrojonym. Wrócili zapewne po posiłki. W tym stanie rzeczy najrozsądniej byłoby uciekać natychmiast. Tak, ale na drodze do wolności stało siedem dzikich bestii.

Ściemniło się zupełnie; niebo zakryły ciężkie, czarne chmury nisko nad ziemią. Nadciągała śnieżyca. Eskimosi przewidywali ją wcześniej i z tym zapewne liczyli się. Nie lękali się ewentualnej pogoni, bo wicher i śnieg zatrze szybko ślady po nich.

Nie była to pierwsza zbrodnia, jaką ci barbarzyńcy Północy mieli na sumieniu. Oto w zeszłym roku na wybrzeżach Oceanu Lodowatego zamordowali oni kilkunastu białych, między nimi jednego misjonarza i dwóch amerykańskich podróżników. Trzy patrole policyjne wyruszyły w sierpniu w pogoń za zbrodniarzami, kierując się w stronę Zatoki Koronacyjnej i Kanału Bathursta.

Jeden z tych patroli, prowadzony przez Olafa Andersona, Szweda z pochodzenia, dotychczas jeszcze nie wrócił. Kiedy Filip wyruszał z fortu Churchilla w pustkowia Barrenu, rozeszły się pogłoski, że Olaf zginął razem ze swymi pięcioma ludźmi. Nic dziwnego zatem, że te straszne dzikusy ośmieliły się napaść również na ojca Celii Armin i ludzi, którzy z nim razem wylądowali. Mord i rabunek był ich żywiołem, a rozlewanie krwi białych ludzi sprawiało im rozkosz. Ale że odważyli się zapuścić tak głęboko na południe w zupełnie obce im strony, dotąd przez nich omijane, wydawało się to Filipowi bardzo dziwne i coraz mniej zrozumiałe.

Rozmyślania te przerwała mu nadciągająca zawieja śnieżna. Burza szła od północnego wschodu. Niebo zasnuło się niby czarną, żałobną płachtą, która całkowicie stłumiła światło dzienne. Cisza była przygniatająca; nie drgnęła ani jedna gałązka świerków, rosnących wokoło zagrody. Filip postanowił przywołać Celię, by razem z nim obserwowała to potężne zjawisko przyrody. W półmroku można było zaledwie dostrzec szare sylwetki przemykających wilków.

Pogrążony w myślach nie słyszał, jak Celia wyszła ze swego pokoiku i zbliżyła się do niego. Zauważył ją dopiero wówczas, gdy stanęła tuż przy nim.

Ten straszny potop ciemności, zalewający cały widnokrąg, zbliżał ich oboje do siebie. Nic nie mówiąc, Filip ujął Celię za rękę i zatrzymał tę jej drobną ciepłą dłoń w swojej dłoni.

Wśród ogromnej ciszy usłyszeli najpierw jakieś głuche szmery, przytłumione, dalekie. Szmery te jakby skradały się, podchodziły coraz bliżej, gdzieś z krańców świata poczęte, aż napełniły całą ziemię i niebiosa. Była to niby jakaś żałosna, przeciągła, rozpaczliwa skarga. Jeszcze nie ucichła, kiedy pierwszy powiew wiatru przeleciał ponad chatką.