Rozdział XIV. Zawieja śnieżna

Filip nie posiadał się z radości. Zapomniał od razu o Bramie, o wilkach, o Eskimosach. Zapomniał, w jak rozpaczliwej sytuacji znajdują się oboje. „Jej ojciec”! Chciałby krzyczeć z radości, skakać i tańczyć dookoła izby, unosząc Celię w ramionach.

Ale należało się pohamować. Lękał się, by w tych fiołkowych oczach nie dostrzec niemego wyrzutu, by jej nie urazić zbyt obcesowym zachowaniem się. I tak już omal nie zdradził się, kiedy mu oświadczyła, że ów mężczyzna na rysunku to jej ojciec. W spojrzeniu jej odmalowało się zdziwienie. Niewątpliwie odgadła właściwy powód wzruszenia i tej nagłej radości Filipa. Prawdziwą, a niewymowną rozkosz sprawiała mu myśl, że mężczyzna i kobieta, choćby każde z nich pochodziło z przeciwnego końca świata, choćby nie potrafili porozumieć się ze sobą w żadnym języku, mimo wszystko mogą się pokochać, a serca ich bić będą w zgodnym rytmie.

I wówczas, nie wiedząc, co mówi, skierował od razu rozmowę na rewolwer i naboje.

Celia objaśniała mu na migi, że nie ma zapasowych naboi. Całym ich skarbem były tylko te cztery kulki, tkwiące jeszcze w rewolwerze, choć w razie napadu Eskimosów porządny kij bardziej mu się przyda, niż to małe cacko. Postanowił wyszukać od razu jakąś tęgą pałkę, lepszą i poręczniejszą od owych polan leżących pod piecem. Wreszcie zdecydował się oderwać ze ściany cienki pień świerkowy, przybity tam w celu wzmocnienia wiązania. Pień okrągły i gładko ciosany mierzył około czterech stóp długości. Gruby u nasady, zwężał się stopniowo ku końcowi.

Filip uchwycił ową zaimprowizowaną pałkę za cieńszy koniec i zrobił nią kilka młynków w powietrzu.

— No, teraz mamy broń i możemy ich godnie przyjąć. Nie uda im się wypędzić nas z chaty, chyba że podłożą ogień. A co się tyczy tych drzwi, oto zapewniam cię, Celio, że żaden z nich nie przejdzie przez nie żywy!

Wyglądał tak wojowniczo, z takim zapałem wymachiwał swą pałką, że Celia widząc to, nie mogła się powstrzymać od łagodnego uśmiechu. FiHp zaprzestał wówczas wywijania młynków i rzucając pałkę, podszedł do niej:

— No, Celio — mówił — uściśnijmy sobie ręce. Jesteśmy przecież dobrymi przyjaciółmi, nieprawdaż?

Bez najmniejszego wahania wyciągnęła rękę ku podanej jej dłoni. I chociaż śmierć czaiła się ku nim z ukrycia, uśmiechnęli się do siebie. Potem Celia przeszła do swego pokoiku i przez pół godziny nie pokazywała się.