Zaczął rozwiązywać mały woreczek ze skóry renifera. Filip Brant czekał w milczeniu.
— Są to, proszę pana — mówił Piotr — sidła na zające; widocznie wypadły mu z kieszeni podczas snu.
Podał je Filipowi.
Zawieszona u powały lampka oliwna oświetlała słabo stół, przy którym siedzieli. Filip Brant przyjrzał się uważnie owym sidłom i z piersi jego wyrwał się okrzyk zdumienia.
Piotr Breault czekał na ów okrzyk. Oto z początku nie chciano wierzyć temu, co mówił. Teraz on triumfował, radość biła z jego twarzy. A Filip niemal zatrzymał dech w piersi, wpatrując się z całym natężeniem w ów tajemniczy przedmiot, trzymany w ręku, a błyszczący w świetle lampki. Tak, nie było wątpliwości: były to sidła, długie mniej więcej na jeden jard8, z węzłem na jednym końcu, z ową typową pętlą „chippewayską” na drugim.
W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego.
Tak, tylko że sidła te zrobione były ze złotych włosów kobiecych!
Rozdział III. Brant postanawia działać
Zdarza się nieraz, że pod wpływem jakiegoś gwałtownego bodźca człowiek, nie zastanawiając się, podejmuje od razu jakieś postanowienie.
Filip Brant, po owym mimowolnym zupełnie okrzyku zdziwienia, który wyrwał mu się z ust, siedział w milczeniu. Nie rzekł ani słowa do Piotra. Wiatr ucichł, zaległa cisza, przerywana jedynie monotonnym tykaniem zegarka Piotra. Breault z wolna podniósł głowę, pochyloną nad jedwabistymi sidłami. Oczy jego spotkały się ze spojrzeniem Branta.