Obaj mężczyźni mieli jednakie myśli w tej chwili. Gdyby owe włosy były czarne... Gdyby były brunatne... lub choćby jasnoblond, rudawe, jakie spotyka się u Eskimosek, mieszkających w dolnym biegu rzeki Mackenzie... Ale nie, miały one kolor złocisty, kolor czystego płynnego złota!

Filip nie mówiąc nic, wydobył z kieszeni nóż i przeciął kilka włosów powyżej drugiego węzła. Włosy rozplotły się i spłynęły na stół lśniącą, miękką i jedwabistą falą. Kolor ich był jasnozłoty, zupełnie niezwykły. Podobnego koloru włosów Filip nigdy jeszcze nie widział. I równocześnie pomyślał z podziwem, ile to potrzeba było cierpliwości i zręczności, by upleść z nich takie sidła.

Spojrzał na Piotra z niemym pytaniem.

— Znaczy to — odezwał się Piotr — że Bram musi mieć jakąś kobietę...

— Z pewnością — przytaknął Brant. — Kobietę żywą lub...

Nie dokończył zdania. Rozumieli się doskonale. Jedno i to samo okropne pytanie dręczyło ich umysły. Piotr wzruszył tylko ramionami. Cóż można było na to pytanie odpowiedzieć? Wzdrygnął się, bo oto niespodziewany powiew wiatru wstrząsnął gwałtownie drzwiami.

— Ej, do licha! — zakrzyknął, odzyskując całą zimną krew, i odsłaniając w uśmiechu swe białe zęby, dodał: — zdenerwowała mnie już ta cała historia. Bram ze swoimi wilkami i te osobliwe sidła... wieczorem... przy świetle lampki...

Rzucił znów okiem na leżące na stole włosy.

— Zastanów się pan — podjął Filip. — Widziałeś już kiedyś włosy podobnego koloru?

— Nie, nigdy w życiu.