Podskoczył do niej. Coś go dusiło w krtani. Oto Celia przybiegła tu, w takim stroju, sądząc, że mu grozi jakieś niebezpieczeństwo. Czyż nie był to wymowny dowód, że i ona go kocha?
— Celio! Celio! — odparł, szlochając niemal z radości.
Pochwycił ją w swe krzepkie ramiona i pobiegł z nią do drzewa, gdzie leżało futro niedźwiedzie.
Niemal brutalnie okrył ją futrem, owinął szczelnie, aż się prawie dusiła. Oboje szlochali ze wzruszenia i radości.
Pochyleni ku sobie nastawili bacznie uszu.
Oto z oddali rozległ się straszny przeciągły „okrzyk krwi” Kogmolloków. Było to hasło, a zarazem pytanie, rzucone pod adresem owych trzech zakapturzonych napastników, z którymi Filip rozprawił się przed chwilą. Pytanie, żądające odpowiedzi.
Okrzyk zabrzmiał od strony zachodniej, z odległości niespełna mili. Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk od strony wschodniej.
Filip przytulił swoją twarz do Celii, wargi szeptały słowa modlitwy, bo zdawał sobie sprawę, że walka dopiero się rozpoczęła.
Rozdział XVIII. Na ścieżce krwi
Przede wszystkim Filip dał na migi Celii do zrozumienia, że należy wykorzystać cały łup zdobyty na ich trzech nieprzyjaciołach. Kazał jej tedy zaczekać, a sam wrócił czym prędzej na pole niedawno stoczonej walki.