Filip walił tak potężnie, że aż zachwiał się na nogach. Nie zdążył jeszcze odzyskać równowagi, kiedy z cienia lasu wypadło nań dwóch napastników, wydając dzikie okrzyki. Filip nie miał nawet czasu zamachnąć się pałką. Skoczył jak wściekły na pierwszego z brzegu — jedną ręką uchwycił za już podniesiony do rzutu dziryt — drugą zaś uderzył Eskimosa w twarz z całą siłą. Za drugim ciosem jego żelaznej pięści Eskimos runął na ziemię; dziryt pozostał w ręku Filipa.

W tej samej chwili Filip poczuł na szyi czyjeś kosmate ręce. Ścisnęły go za gardło niby kleszcze, wydał krótki, urywany okrzyk grozy; głowa przechyliła mu się w tył i runął na ziemię.

Był to zwyczajny podstęp wojenny Eskimosów, prawie nigdy nie zawodzący — owo odwieczne „sasaki-wechikun”, czyli „uchwyt ofiarny”, od wieków przechodzący z ojca na syna. Podczas gdy jeden Kogmollok przytrzymuje z tyłu bezbronną ofiarę, drugi przebija jej serce nożem.

Filip pozbawiony możności ruchu, słyszał krótką komendę Eskimosa, polecającego swemu towarzyszowi, by czym prędzej przybył z nożem i załatwił się z wrogiem. W odpowiedzi rozległ się głuchy pomruk.

W tejże chwili Filip poczuł maleńki rewolwer Celii w kieszeni za pasem. Wyciągnął go szybko i wykręcając w tył ramię, wypalił. To go ocaliło. Strzelił z tak bliska, że proch osmalił zupełnie i oślepił Kogmolloka, pochylonego nad nim. Zwolnił uścisk duszących go rąk i Filip zerwał się na równe nogi.

Ów trzeci Eskimos, z zakrwawioną od uderzeń twarzą, czołgał się tymczasem na czworakach ku Filipowi. Był już w odległości paru kroków. Filip dostrzegł swą pałkę leżącą opodal na śniegu. Schował rewolwer do kieszeni i chwycił pałkę. Jeden potężny cios i walka była skończona.

Wszystko to razem nie trwało nawet pięciu minut. Los okazał się tym razem łaskawy dla Filipa. Trzy czarne plamy widniały na śniegu. Oto wszystko, co pozostało po jego wrogach, z których dwóch przynajmniej już nie żyło.

Filip zadowolony ze świetnego zwycięstwa spoglądał na leżące na ziemi postacie. Nagle obrócił się, wydając okrzyk zdumienia. W odległości dziesięciu kroków od niego stała Celia.

Pchana jakąś niezmożoną siłą, przybiegła tu boso po śniegu, odziana tylko w lekki szlafroczek; skórę niedźwiedzia zostawiła pod drzewem, by jej nie zawadzała w chodzie. Wyciągnęła ku Filipowi gołe ramiona, wołając:

— Filip! Filip!