Wśród ogólnego spokoju każdy, najlżejszy nawet szmer nabierał znaczenia: miękki szelest spadających płatków śnieżnych, cichutki trzask igieł opadających ze świerka, świst oddechu wydobywającego się z płuc, tłukące się niespokojnie serca. Zda się, tysiące oczu i uszu, czyhających ze wszystkich stron.

W miarę ustępującego mroku zaczęły wyraźniej rysować się sylwetki drzew i krzewów; widać było pędzące po niebie chmury.

Filip ukryty wśród niskich zarośli, myślał o Celii: zapewne niepokoi się biedaczka, że go tak długo nie widać. A jednak nie mógł się zdecydować jakoś na to, by opuścić swe stanowisko obserwacyjne i wrócić do niej. Miał nieomylne przeczucie, że coś mu grozi, coś się zbliża.

Rozjaśniło się już na tyle, iż mógł dojrzeć w odległości pięćdziesięciu jardów każdy niemal przedmiot. Ale z tej strony, z której szedł, nic absolutnie nie było widać.

Gdyby jednak znalazł się tu przypadkiem Olaf Anderson, ów Szwed, byłby mu mógł opowiedzieć o podobnej nocy, przeżytej przez niego wśród strachu w podobnych okolicznościach. I on, podobnie jak Filip, miał się na baczności, i on spodziewał się ataku, i przeliczył się w rachubach. Po niewczasie dopiero dowiedział się Anderson, że Eskimosi nigdy nie idą wprost za tropem ściganego zwierza czy za śladami człowieka. Ich zwyczajem jest okrążać ściganego z lewej i z prawej strony małymi grupkami po kilku ludzi, nie pokazując się na oczy. Nie wiedział o tym Filip; toteż na próżno wytężał wzrok. A instynkt ostrzegał go wyraźnie, że niebezpieczeństwo się zbliża.

I oto nagle posłyszał coś zupełnie nieokreślonego. Właściwie nie słyszał jeszcze nic, raczej wyczuł tylko czyjąś obecność. Jakieś nieuchwytne drżenie atmosfery, zupełnie odmienne od wszelkich innych szmerów; wśród absolutnej ciszy drżenie to nabierało takiej mocy, jakby to był wystrzał rewolwerowy. A jednak Filip zupełnie nic nie widział! Droga, którą tu wracał, była pusta. Powoli odwrócił głowę.

W odległości dwunastu kroków stała jakaś zakapturzona postać, krępa, malutka, z błyszczącymi złowrogo oczami; postać przypominająca raczej jakiegoś fantastycznego gnoma niż człowieka. Równocześnie postać ta podniosła ramię i w szarym świetle poranka coś nagle błysnęło.

Wiedziony nieświadomym zupełnie instynktem Filip błyskawicznie przykucnął na śniegu, i w tej samej chwili przeleciał ze świstem dziryt w tym samym miejscu, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy znajdowała się głowa i ramiona Filipa.

Ów ułamek sekundy był tak minimalny, że Eskimos przekonany był, iż ugodził dzirytem swą ofiarę. Z piersi jego wyrwał się okrzyk triumfu, ów „sakotwow” Kogmolloków, chrapliwy „okrzyk krwi”, rozlegający się w odległości co najmniej mili.

Ale krzyk ów zamarł mu natychmiast w piersi. Filip zerwał się z ziemi, naprężając mięśnie, jak potężne sprężyny, zaświstała w powietrzu gruba pałka i zwaliła się na przerażonego Eskimosa. Pierwszy cios strzaskał mu od razu ramię. Drugie potężne uderzenie w głowę, a Eskimos już leżał na ziemi, rzężąc głucho; jeszcze jeden cios i już było po wszystkim.